- 24 lutego 1891: „Porównując nasz rozwój umysłowy z europejskim, przypominającym błyskawiczne pociągi, nieraz nazywaliśmy się społeczeństwem zacofanym, które w cywilizacji nic nie robi. Był to jednakże tylko akt pokory i skruchy ze strony narodu, który przez długi czas odznaczał się arogancją i nieustannie wmawiał w siebie, że jest najmędrszym, najwaleczniejszym, najszlachetniejszym i najnieszczęśliwszym...
Dwadzieścia kilka lat ostrej samokrytyki wyleczyło nas z tych złudzeń; patrzymy dziś trzeźwo na samych siebie. A jeżeli tak jest, więc możemy bez narażenia się na nowy paroksyzm arogancji urządzić wystawę własnych wynalazków. Przekonamy się wówczas, że jakkolwiek żaden Polak nie zrobił wynalazku epokowego, żaden nie stworzył nowej machiny ani nowej nauki, to przecież we wszystkich tych kierunkach wielu pracowało samodzielnie.
Począwszy od pługa, żniwiarki, kartoflarki aż do termomikrofonów Ochorowicza, aż do integratorów Abakanowicza nie ma prawie dziedziny wynalazków, w której nie zaznaczyliby się nasi ludzie. Praca zaś ich, jeżeli nie była zdumiewająca, miała jednak pewną cechę wzniosłości – tragiczność. Tę mianowicie, że żaden z naszych wynalazców nie tylko nie doznawał poparcia od swoich, ale bardzo często spotykał się z lekceważeniem, jeżeli nie zawiścią” (s. 35-36).
- 2 czerwca 1891: Prus chce wyjechać do Nałęczowa odpocząć od dźwięków Warszawy i pooddychać. Rozmawia z Technikiem:
„– Więc po to chcesz opuszczać Warszawę i zbogacać olej Nadwiślańską opłatami za bilet?... Przecież te same przyjemności możesz mieć tu, na miejscu.
– Jak to?
– Rozumie się, byle tylko Edison wykończył swój najnowszy wynalazek.
– Robienia wsi w Warszawie?
– Ależ tak: wsi, prawdziwej wsi, z lasem, sianem, kwaśnym mlekiem i tak dalej.
Szeroko otworzyłem oczy, a on prawił:
– Wiadomo ci, że wrażenia dźwiękowe można przenosić z odległości po drucie. Gdyby więc między Warszawą i Nałęczowem istniał telefon, mógłbyś, nie wyjeżdżając tam, słuchać śpiewu praków, szumu drzew, koncertu panny Józefiny Szlezygierówny...
– Prawda! – ja mówię.
– Więc wrażenia słuchowe miałbyś, a to samo byłoby ze wzrokowymi.
Ochorowicz myślał o tym, a Edison (jak stało w gazetach) już wymyślił aparat do przenoszenia obrazów z odległości.
Robi się to bardzo zwyczajnie. Stawia się na przykład w Nałęczowie coś na kształt kamery fotograficznej; kamerę łączy się drutem z Warszawą i – jazda. Ile razy na obiektywę owej kamery padnie jakiś obraz, tyle razy (za pomocą drutu) ten sam obraz zobaczysz w Warszawie...
– Przepraszam cię, ale... ten, niby warszawski, koniec drutu, gdzie trzeba włożyć, aby dostrzec przelatujące po nim obrazy?...
Technik zamyślił się.
– Tego dobrze nie wiem, lecz w każdym razie za pomocą telefonu i tele... tele... (nazwijmy go: tele-patrzydłem) możesz widzieć Nałęczów i słyszeć, co się w nim dzieje: szum lasu, śpiew dzięcioła...
– No – pytam – obrazy i dźwięki już są. Ale jakże będzie ze smakami i zapachami?
– Najzwyczajniej w świecie. Chcesz na przykład odbyć spacer po łące. Więc ustawiasz telefon, ażeby usłyszeć, jak ryczą krowy i wymyślają sobie pasterze. Potem nastawiasz tele-patrzydło i widzisz każdą wierzbę, każdą trawkę na łące, każdy zakręt i każdą falę rzeki. Trzeci drut kładziesz na nos i czujesz wszystkie zapachy polne, a czwartym – dotykasz podeszwy, co robi ci taką uciechę, jakbyś chodził po łące.
Nawet powiem ci, że za pomocą tego czwartego drutu mógłbyś brać kąpiele, być wytartym prześcieradłami i bodaj – czy nie pić kumysu.
(...)
– Jadać to trzeba tu, na miejscu; bo jak ci wiadomo – przez posły (nawet elektryczne) wilk nie utyje. Ale będziesz miał – wrażenie, uważasz mnie, wrażenie... A przecie nasz wiek jest wiekiem wrażeń.
Po odejściu technika porwało mnie skrzydlate natchnienie. Co za epoka, co to za epoka!.... Nie ruszając się z Warszawy, będziemy mogli w najdrobniejszych szczegółach i w tej samej godzinie zwiedzać: Laponię i Saharę, podziwiać operę paryską i wybuchy wulkanu Krakatau. Będziemy mogli nasycać się wonią podzwrotnikowych kwiatów, ściskać i całować oddalonych przyjaciół (inni woleliby: przyjaciółki), liczyć pieniądze Rotszylda, spłacać długi i tak dalej, a wszystko – za pomocą przenoszenia wrażeń po drutach.
Cudowna epoka!... Ja jednak nadejścia jej wolę oczekiwać... w Nałęczowie i zamiast stąd przez telefon słuchać tamtejszych kukułek i dzięciołów, wolę stamtąd przypatrywać się tutejszym kamienicom i brukom, jeżeli mi się tak podoba...
No ale nie opłakuj mnie, topniejący w upale czytelniku; jeszcze jakiś czas będziemy razem” (s. 98-101).
Doskonały materiał o technologiach pośredniczenia w doświadczeniu, projekt dzisiejszego Google Street View i zwiedzających je staruszków? /jk
- 20 lutego 1893: A. „Rozeszła się pogłoska, że hrabia Branicki kupił narzędzia astronomiczne, pozostałe po doktorze Jędzejewiczu i – że zakłada obserwatorium w Wilanowie. Przy czym któreś pismo, ażeby dać dowód, że zna się i z astronomią, zrobiło uwagę: Pożytek z obserwatorium dla publiczności będzie niewielki, trzeba bowiem zbyt daleko jeździć.
Nie pamiętam, czy tak napisano co do słowa, ale było coś w tym rodzaju.
– Za pozwoleniem! – odzywa się w tej chwili któryś z uczestników kostiumowego balu. – A co to za Jędrzejewicz?...”
Lekarz, który interesował się astronomią.
„Jeżeli hrabia Branicki istotnie kupił narzędzia astronomiczne po Jędrzejewiczu, postąpił jak człowiek rozumny i – więcej powiem – jak człowiek szlachetnych instynktów. Za te same pieniądze mógł przecież nabyć konia wyścigowego, nawet słonia, a choćby biżuterię dla jakiej niewinnej dziewicy. Na szczęście dobry smak ostrzegł go, że jeżeli w tym kraju ma ktoś składać ofiary na ołtarzu nauki, to lepiej, że złoży je magnat Branicki aniżeli sieroty po prowincjonalnym lekarzu.
Ten objaw wielkopańskiej ambicji jest u nas tak niezwykły, że proponowałbym towarzystwu inteligentnych dam, ażeby wysłały do Chicago fotografię hrabiego z objaśnieniami: gdzie kończył wyższy zakład naukowy, jakie prowadzi gospodarstwo i czy nie wyrabia soków albo win owocowych.
Dobrze. Przypuśćmy, że właściciel Wilanowa kupił instrumenta po Jędrzejewiczu. Przypuśćmy, że nawet zbudował słup dla lunety południkowej i otoczył go budynkiem; będzie to dopiero kuchnia, ale – bez kucharza.
Lecz zróbmy krok dalej. Przypuśćmy, że hrabia Branicki prócz narzędzi i budynku postarał się jeszcze o fachowego astronoma, a tacy znaleźliby się, że w dodatku udzieliłby temu swemu astronomowi kredyt na kupno nowych narzędzi – no i co z tego?...
To, że w Wilanowie byłby fachowy astronom, który może wypatrzyłby jakąś nową kometę, może odkryłby trzechsetną którąś z małych planet, może dostrzełby jakiś wybuch na słońcu, kanał na Marsie, zmianę gruntu na księżycu...
No, ale co z tego?... Anie gazeciarscy mężowie zaufania, ani publiczność nie będzie miała nic z obserwatorium w Wilanowie, choćby miejscowość tę przeniesiono na plac Ujazdowski. Fachowy astronom nie puści do swego gabinetu amatorów, którzy między obstalowaniem i zjedzeniem kurcząt w miejscowej restauracji chcieliby poznać niebo. Im gdzieś znajdują się dokładniejsze narzędzia, tym mniej pożądane są milutkie damy z długimi ogonami i wykwintna młodzież, w której przekonaniu wszystko należy poświęcić dla płci pięknej, nawet cudze narzędzia astronomiczne.
Tym więc sposobem, gdyby nawet w Wilanowie utworzono obserwatorium astronomiczne, byłoby ono jedną więcej głową odciętą od zbiorowego tułowia. Ani znajomość, ani zamiłowanie do astronomii nie wzrosłyby między publicznością, jak nie wzrosną skutkiem odnowienia posągu Kopernika.
(...)
Dla spopularyzowania astronomii nie trzeba wielkich lunet, spektroskopów i fotografii niebieskich. Są to rzeczy kosztowne i całkiem bezużyteczne dla publiczności, która na odwrót dużo skorzystałaby, sprawdzając własnymi nie uzbrojonymi oczyma, że:
Sklepienie niebieskie ciągle i jednostajnie obraza się ze wschodu na zachód, co można widzieć w ciągu gwiaździstej nocy (notabene jeżeli nie chodzi się pod rękę z osobą innej płci).
Że co miesiąc o północy nad Alejami Ujazdowskimi świecie coraz inna konstelacja.
Że w stronie północnej nieba jest gwiazda, która prawie wcale nie rusza się i że w południowej stronie są konstelacje, które od chwili ukazania się na wschodzie do chwili zajścia na zachodzie świecą przez dwanaście godzin.
Że podczas lata słońce w południe stoi daleko wyżej na niebie aniżeli w czasie zimy.
I tak dalej” (s. 245-256).
Dalej sugeruje ustawienie w parku podstawowych narzędzi, przy pomocy których ludzie dowiedzą się o podstawowych rzeczach. Zwraca uwagę na brak kontaktu między inteligencją i ludźmi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Docenimy Wasze głosy w dyskusji oraz odrobinę kultury osobistej.