W ramach anegdoty (której Prus miejsca nie szczędzi), zdanie z listu od czytelnika Kuriera Codziennego na początek – już ono ujawnia głęboko pragmatyczną i humorystyczną zawartość „Kronik”: Człowiek, który nie myśli, musi dla zabicia czasu albo palić fajkę, albo ciągnąc bawara, albo iść do ogródka, co w tym ciężkich czasach prowadzi do ruiny. Ale ten, który o czymś rozsądnie myśli, łatwo zasypia i unika niepotrzebnych wydatków. Mówię zatem panu, ażebyś pisząc, ciągle uczył ludzi myśleć; gdyż jeżeli nie zmądrzeją, to przynajmniej wyśpią się i nabiorą sił do pracy (s. 111).
Dziesiąty tom „Kronik” zawiera Kroniki Tygodniowe z roku 1887, które ukazały się w Kurierze Warszawskim oraz w Kurierze Codziennym, oraz korespondencje z Warszawy (między innymi z wystawy higienicznej).
Prus, jako zwolennik rozumnej a uczciwej parcelacji przynajmniej połowy dzisiejszych dóbr ziemskich (s. 85), wielokrotnie zaznacza, że wielkiej liczbie obszernych fortun towarzyszy ubóstwo ogółu i na odwrót, dobrobyt ogółu opiera się na wielkiej liczbie małych fortun (s. 82).
Kronikarz, sympatyk higienicznego trybu życia, cytując słowa (rzekomego?) delegata Towarzystwa Szwedzkiego Przemysłu zestawia warszawskie targowisko i namioty Lapończyków, z korzyścią dla tych ostatnich: Proszę wyobrazić sobie dziedziniec ciasny, gęsto zasypany kośćmi, słomą, zużytym papierem i dowodami końskiego pobytu. Dziedziniec ten jest przecięty rynsztokiem, którym spływa sos ze śledzi, zepsuta woda z ryb, zwierzęca posoka i fałszowane mleko. Wzdłuż jednej ściany mieszczą się flaki, wzdłuż drugiej beczki z rybami, obecność zaś jednych i drugich działa przede wszystkim na powonienie (s. 66).
W tym samym wywodzie delegata Prus ubolewa nad ciężkim losem ówczesnych malarzy, którym rysowanie wzorów stolarskich nierównie lepszy daje dochód aniżeli posłanka niebios – sztuka; stawia równocześnie pytanie podstawowe dla niniejszego wywodu: Czy kraj w takich znajdujący się warunkach może być uważany za współzawodnika dla szwedzkiego przemysłu? (s. 67).
Wciąż powtarzane zdanie Co jednak zyska na tym przemysł polski? (s. 68) i wymieniane absurdalne z perspektywy przemysłowej wystawy artystyczne (wystawa sztuki i starożytności a na niej kilkadziesiąt bohomazów ze sławnymi nazwiskami, jest sporo tkanin, których nikt dziś nie nosi i nigdy nosić nie będzie, jest wreszcie kilkadziesiąt sprzętów, które mogłyby służyć za modele stolarskie, gdyby nie były źle ustawione i chaotycznie pomieszane (s. 67)), każą sądzić, że Prus nie uważał muzeów za najważniejszą rzecz dla społeczeństwa, a sztuk za pierwszą potrzebę.
Podsumowuje: (...) Otóż ta scena ilustruje tutejsze stosunki. Przemysł woła: jeść! a warstwy inteligentne chcą zabawić go widowiskami (s. 68).
Nawołując warszawian do picia wody nie surowej, lecz przegotowanej, wspomina Prus ustalenia dr. Bujwida, który przekonał się, że w kwarcie „czystej” wody wiślanej znajduje się 72 milionów bakteryj, a w kwarcie wody, która przeszła przez wodociągowe filtry, jest ich tylko 850 tysięcy (s. 85).
Grzechem byłoby nie zacytować fragmentu o pijackich przygodach na wysokościach Kazimierza Filipowskiego, zapalonego aeronauty, wielokrotnego użytkownika balonów, a przy okazji także przyjaciela kronikarza; fragment ten staje się dla Prusa okazją do wysnucia nauk o zamarzaniu pary wodnej i opadach gradu z opadających nagle na obłoki zimnych prądów powietrza:
Otóż w tej nad wszelki wyraz ciekawej podróży kolega nasz zrobił doniosłe spostrzeżenie. Na wysokości 2000 stóp nad ziemią (pomimo upału na ziemi) było już tak chłodno, że kolega nasz musiał wypić trzy kieliszki gebetnerówki. W wysokości 4000 stóp zimno spotęgowało się o tyle, że kolega F. Był zmuszony pić gebetnerówkę szklanką, zaś na wysokości 7000 stóp kolega począł ciągnąć wymieniony środek rozgrzewający już wprost z butelki. To go nawet uspokoiło tak idyllicznie, że gwałtem chciał wydobyć się z łódki balonu, ażeby leżyć na obłoku, roztopiony w ciszę. Szczęściem, balon podniósł się jeszcze wyżej, kolega nasz zażył jeszcze silniejszą doże opału i usnął, jak to zwykli czynić wszyscy ludzie czystego serca i nienagannych obyczajów (s. 113).
Innym razem Prus dostrzega zbawczą rolę fotografii, dzięki której nie ukryje się żaden występek (s. 122). Prognozuje: A co będzie za 10 albo za 15 lat?... Żaden morderca nie zrobi zamachu na podróżnego, gdyż podróżny będzie miał przy sobie aparacik, który w chwili napadu zdejmie portret mordercy. Żaden złodziej nie wyciągnie chustki z kieszeni, gdyż na brzegu kieszeni będzie się znajdował błyskawiczny aparat; żaden donżuan nie zaczepi damy, gdyż dama – w parasolce, w wachlarzu, w kapeluszu i w każdym guziku – będzie posiadała aparaty fotografujące nie tylko występnego, ale i rodzaj występku (s. 122). Naiwne niedocenienie przez pisarza możliwości złoczyńców (kominiarki!) każe z drugiej strony uznać domyślność Prusa co do sposobu późniejszego społecznego funkcjonowania i wszechobecnej inwigilacji. Prus – futurolog?
Należy zakładać szkoły rzemiosł, przynajmniej w każdym powiecie – pisze publicysta. Oto powód: Wiadomo, że mamy za wielu inżynierów, za mało majstrów, za wiele fabryk, za mało warsztatów, za wielu robotników fabrycznych, za mało rzemieślników. Że wreszcie łatwiej jest u nas wyuczyć się gry na fortepianie, malarstwa albo obcych języków aniżeli rzemiosła. Ze stosunków tych wypływa mnóstwo niedogodności społecznych, które z czasem mogą stać się klęskami. Brak nam rzemieślników i towary sprowadzają się zza granicy, a jednocześnie mnóstwo ludzi na próżno szuka zajęcia. Prace rolne poczynają się nie opłacać, a jednocześnie na prowincji nie komu uprawiać przemysłu (s. 141).
Wobec smutnego faktu wyrodnienia ludności polskiej (s. 142) znajduje Prus oczywiste rozwiązanie: sport. By mieszkańcy Warszawy mieli pełną i wesołą twarz, postawę wyprostowaną, nogi jak belki, ręce jak stalowe szyny (s. 142), powinni należeć: najpierw do Towarzystwa Wioślarskiego (by rozwinąć sobie muskuły rąk i tułowia), następnie do Klubu Cyklistów (muskuły nóg) i do towarzystwa śpiewackiego „Lutnia” (siła i objętość płuc). Prus rysuje dalsze perspektywy: należy jego zdaniem łączyć w pary małżeńskie wioślarzy z cyklistkami a wioślarki z cyklistami i każdej z par dołączać lutnika – w charakterze przyjaciela domu (s. 144). A wszystko to dla dobra i zdrowia przyszłych pokoleń.
Dlaczego tylko wieprzowina popłaca w Berlinie?... Może dlatego, że pruski filozof Kant napisał aforyzm: „Powiedz mi, co jadasz, a ja ci powiem, czym jesteś” (s. 163).
Wspomina Prus o wynalezionych przez jego przyjaciół – w interesie moralności (s. 170) – znakach pisarskich, przeznaczonych odpowiednio: faktom i wyrazom moralnym; tym, które można pokazywać tylko dorosłym pannom; bądź tym, na które bezwarunkowo nie może patrzeć młodzież płci obojej. Każdy znak miał poprzedzać pojęcia należące do jednej z kategorii.
Prus z niecierpliwością wyczekuje znalezienia sposobu rozkładu wody – dla wydobycia z oddzielonego wodoru ciepła 4 razy większego niż węgiel kamienny, a 10 razy większego niż suche drzewo (s. 178). Wspomina o konkursie na sposoby suszenia owoców (s. 179); o psychologicznym dziele angielskiego filozofa dr. Galtona zatytułowanym „Jaki jest wpływ dziedziczności na charaktery?”, w pracy nad którym Galton nie – czytał filozofów, jak to się dotychczas robiło, lecz przepytał prostaczków, zwykłych śmiertelników właśnie (s. 183); pisze o kwestionariuszu „Gazety Świątecznej” mającej zbadać „Jak my się żywimy”, który to kwestionariusz nie przyniósł jednak konkretnego rezultatu (z racji na mnogość pytań, w której czytelnicy się pogubili); notuje loty Wolanowskiego sześciofuntowym aparatem, złożonym podobno z „kiszek i skrzydeł” (s. 190-191); wspomina o samowarze gotującym (równocześnie!) wodę, kawę i herbatę (zastanawia się także, czemu i komu służyć maję te trzy napoje w tym samym czasie...); pisze o mechanicznym wieszadle, które pozbawi złodziei możliwości kradzieży wieszanego palta, o zwiększeniu opłat za psy (jako sposobie na wściekliznę!), o projektach bibliotek dla samouków,
Uwadze nie umyka mu kolejny projekt perpetuum mobile: pompa, poruszona pewną ilością wody spadającej z trzeciego piętra, podnieść miała tę samą ilość wody na trzecie piętro. Prus gani rzemieślników za nieznajomość podstaw mechaniki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Docenimy Wasze głosy w dyskusji oraz odrobinę kultury osobistej.