Żartobliwie o dynamicie, Nr 3; dn. 3 stycznia 1886 r.
“Odwilżą i deszczem zaczęliśmy rok 1886, w którym, według niezawodnych przepowiedni Nostrodamusa, ma nastąpić koniec świata.
Zaczynamy też po trochu przygotowywać się do tej uroczystości. Ktoś sprowadził już teleskop, mający stanąć na jednym z publicznych placów, ażeby skazana na zagładę ludzkość:
Przypatrywała się komecie,
Co ją z tego świata zmiecie.
Na wypadek zaś, gdyby dla oddania nam ostatniej posługi zabrakło w niebie komety, Szwedzi (naród najskłonniejszy do samobójstwa) wynaleźli nowy materiał eksplozyjny, za pomocą którego można zetrzeć na tabakę całą kulę ziemską, nie wyłączając Szwecji i Norwegii.” (str. 7)
W numerze 11 z dnia 31 stycznia 1886 r. redaktor Prus donosi: badacz Afryki, “odkrywca” pan Janikowski (któremu stawia naród zarzuty, że bada Afrykę a nie kraj swój własny!), z podróży przywozi:
“1) Wypchanego króla kameruńskiego z dzidą w jednej, palką w drugiej ręce i paczką piór na Glowie.
2) Cztery dzikie Murzynki w strojach narodowych.
3) Prawdziwego konsula angielskiego w czerwonym fraku.” (str. 38)
O postępie, relacja książki M. Schippela o stanie Anglii, o nędzy i jej przyczynach - bieda powodowana zastępowaniem ludzi przez maszyny. Nr 59; dn. 28 lutego 1886 r.
“Od początku wieku bieżącego, dzięki machinie parowej i olbrzymim postępom techniki chemicznej, mechanicznej i agronomicznej, produkcja rzeczy potrzebnych ludziom ogromnie się spotęgowała. Domy, odzież, naczynia, sprzęty, nawet pokarm, wszystko to otrzymuje się dziś bez porównania łatwiej, prędzej i większych ilościach aniżeli przed stoma laty. Nad czym dawniej pracowało 20 ludzi ręcznie, to dziś przy pomocy machin robi jeden człowiek, nawet kobieta, a nawet dziecko.” (str. 63)
Wynalazki nie muszą być przełomowe, służą również uprzyjemnieni życia, choćby w tak prosty sposób.
Nr 88; dn. 29 marca 1886 r.
“(…) wspomnę o wynalazku p. Feliksa Szewczyka. Nie wiem dokładnie, ale zdaje mi się, że p. Szewczyk musiał kiedyś «słyszeć w swej piersi powołanie artystyczne». Może zachęcony laurami Matejki i Siemiradzkiego chciał być malarzem historycznym; może schodząc szczebel niżej, poprzestałby na Zaporożach Brandta, albo jeszcze niżej, na wiejskich proletariuszach Chełmońskiego i rysunkowych portretach Witkiewicza?
Czy o tym marzył? - nie wiem. Dość, że się ocknął, a ocknąwszy się, zobaczył, że najśmielszymi artystycznymi aspiracjami nie napełni pustego żołądka, nie odzieje grzbietu i nie napali w piecu. Zrobiwszy zaś to odkrycie, należące u nas do zjawisk fenomenalnych, cisnął pędzel, wziął się do pędzelka i począł malować ozdoby na… papierze listowym.
Ubolewam, że nie mogę w tej chwili stu tysiącom naszych czytelników okazać próbek robót p. Szewczyka. Amator myślistwa znalazłby tu różne gatunki psów, saren pojedynczych i z rodziną, zająca, który słucha, i wilka, który się skrada. Dla gospodyń są świeżo wyklute kurczęta, dla poetów jaskółki i motyle, dla narzeczonych bociany, Dyczce, dla członków Opieki nad Zwierzętami koń w bryczce, dla dziewczynek kotek, dla panienek amorek, a dla panien dorosłych oficer. Wszystko to są jednak początki, p. S. bowiem wciąż zbiera charakterystyczne figury, aby wyrobom swoim zapewnić jak największą rozmaitość.
Wobec tego mocno dziwiłbym się, gdyby od chwili wystąpienia p. S. którakolwiek dama pisała albo odbierała listy na innym papierze niż ozdobnym. Damy bowiem są godne uwielbienia, a figurki p. Szewczyka dziwnie tanie. Dlaczegóż więc nie mielibyśmy robić im przyjemności bodaj obrazkami, wspierając jednocześnie rodzącą się gałąź przemysłu i wcale niezasobnego wynalazcę?” (str. 99-100)
Wynalazek nowego garnituru, niezbyt praktycznego, ale nowego! Nr 95; dn. 5 kwietnia 1886 r.
“Dr Jäger wynalazł nowy garnitur, w którym wszystko jest z wełny: koszula, buty i nawet… chustka do nosa. Niewątpliwie dr Jäger jest dziwakiem albo współwłaścielem jakiejś fabryki wełnianej i niewątpliwie lekarze mają prawo, nawet obowiązek ostrzegać publiczność przeciw niehigienicznym stronom wynalazku dr Jägera.
Niemiej jednak w jageriańskiej modzie są dwie rzeczy wcale niezłe. Naprzód ta, że wełniane koszulki, noszone na gołym ciele, dla niektórych przynajmniej osób są dosyć użytecznymi, chroniąc je od zaziębień. Po wtóre ta, że bądź co bądź, do zabójczej jednostajności dzisiejszych męskich ubiorów Jäger wprowadził chociaż odrobinę rozmaitości.” (str. 105)
Plan zaopatrzenia miasta w komorę dezynfekcyjną. Komitet sanitarny miesza politykę do techniki, czego robić nie powinien. Polscy wynalazcy jak zwykle niedoceniani. Nr 95; dn 5 kwietnia 1886 r.
“Pan wie co to jest?… Jest to skrzynia, w której zamyka się garderobę osób dotkniętych zakaźnymi chorobami, aby w odzieży tej za pomocą gorącej pary i powietrza wytępić nasiona zarazy.
Otóż komitet sanitarny rozumował tak:
Ponieważ Niemcy zbudowali potężne państwo - ponieważ to państwo umie wybornie tępić swoich nieprzyjaciół i posiada prześliczną wentylację - zatem:
Bakon, jako Niemiec zamieszkały w samym Berlinie, musiał zbudować:
potężną komorę dezynfekcyjną, wybornie tępiącą miazmaty i prześlicznie wentylowaną.
O nadwiślańskiej komorze p. Świecianowskiego mowy nawet nie było; na mocy bowiem powyższych zasad p. Świecianowski nie mógł posiadać odpowiednich kwalifikacyj do współzawodniczenia z p. Bakonem.
No i sprowadziliśmy z Berlina landarę - drogą, ciężką i ciasną, gdzie w braku dostatecznej wentylacji para ucieka przez nity. A tymczasem p. Świecianowski zbudował komorę lekką, obszerną, idealnie przewiewną i bez porównania tańszą!
Obie te maszyny oglądać można w fabryce pp. Rehfelda i Dubeltowicza, która nadto wyrabia piece tego p. Świecianowskiego do usuwania wilgoci z mieszkań i wielu innych pożytków.” (str. 107)
Niewykorzystany wynalazek automatycznego sygnału kolejowego oraz niedoceniony sposób przeciw tworzeniu się kamienia w parowych kotłach - zła dola wynalazcy technicznego w Polsce. Nr 103b; dn.13 kwietnia 1886 r.
“ Jeszcze w roku 1884 niejaki p. Aleksandrowicz, b. technik kolejowy, wpadł na myśl zbudowania automatycznego sygnału, który by zapobiegał spotykaniu się pociągów. Sygnał składa się z szeregu dzwonków, ustawionych wzdłuż drogi żelaznej. Gdy pociąg przechodzi przez stację, dzwonki bez pomocy stróżów i telegrafistów odzywają się zaraz, głosząc, że pociąg idzie. Lecz jeżeli z dwu sąsiednich stacyj wybiegną naprzeciw siebie dwa pociągi, dzwonki dźwięczą bez przerwy, zawiadamiając obie stacje, maszynistów, dróżników, że jest niebezpieczeństwo.
Przy takim urządzeniu wypadek zetknięcia się pociągów, jak się to zdarza co roku jest prawie niemożliwym.
Modele aparatów p. Aleksandrowicza od dwóch lat znane są naszym technikom. Sp. Szafarkiewicz wydal o nich bardzo pochlebną opinię; oglądał je też zarząd jednej z naszych kolei żelaznych. Wierny jednak zasadzie: «co nagle, to po diable», nie śpieszy się z ich upowszechnieniem. Widać czeka na lepsze sygnały, mające stempel zagranicy, a może dopiero oblicza różnicę kosztów między ceną sygnału i stratami, jakie ponoszą koleje skutkiem rozbijania się pociągów. Tym czasem wynalazca klepie biedę (…)
Najciekawszym ze wszystkiego jest to , że podobno posiadamy «biuro popierania krajowych wynalazków». Przynajmniej pamiętam, że wszystkie pisma cieszyły się z jego otwarcia. Biuro jednak choć otworzone, musi mieć drzwi bardzo ukryte, skoro nie znalazł ich żaden krajowy wynalazca.
Oprócz bowiem p. Aleksandrowicza mamy i drugiego. Przed paroma miesiącami zgłosił się do redakcji p. Osowski, oświadczając, że wynalazł sposób przeciw tworzeniu się kamienia w parowych kotłach.
Sposobem tym była metalowa kula, osadzona na metalowym pręcie, która, umieszczona w kotle, ma wywoływać prądy elektryczne i nie dopuszczać osadu.
Owa kula z prętem długi czas stała u nas za szafą biblioteczną, gdzie zresztą nie zapobiegała osadzaniu się kurzu. Sam często brałem ją do ręki, ale ponieważ nie słyszałem objaśnień wynalazcy, nie mogłem więc pojąć: jaki związek podobna mechanika może mieć z oczyszczaniem kotłów?
Dopiero w nrze 15 «Wszechświata» wyczytałem, że niejaki p. Hannay z Glasgowa wynalazł «elektrogen», to jest właśnie metalową kulę, która, wstawiona w parowy kocioł, w obecności soli morskiej (4 gramy na litr wody), wywołuje prądy elektryczne i zapobiega tworzeniu się kamienia kotłowego!…
Trzeba dodać, że p. Hannay utrzymuje w tajemnicy spiż, z którego robią się takie kule, i że próby z «elektrogenem» wypadły pomyślnie.
Jaka szkoda, że nasze biuro popierania krajowych wynalazków wcześniej nie dowiedziało się o krajowym pomyśle. Jeszcze większa szkoda, że ani jedna z fabryk posiadających kotły parowe nie robiła u nas prób z wynalazkiem p. Osowskiego!… co im nie przeszkodzi oczywiście zaopatrzyć się w «elektrogeny» Hannaya, sprzedawane zapewne w stosunku ceny granatów Hardena.” (str. 112-114)
Podobna sytuacja z niedocenieniem swojego, a wychwalaniem obcego zaszła w przypadku wynalazku p. Aleksandrowicza: w numerze 238 z dnia 29 sierpnia redaktor relacjonuje:
“Czytam na przykład w gazetach, że szwedzki inżynier Retzius-Eckwall wynalazł aparat sygnałowy, zapobiegający spotkaniu się pociągów. «Gdy pociąg wjeżdża na linię już zajętą, dzwon przy zwrotnicy uderza dwa razy, gdy aparat dzwoni raz, trzeba być ostrożnym, a dopiero gdy milczy, znaczy, że można jechać bezpiecznie.»
Czytając to sprawozdanie przetarłem oczy. Ależ ja znam tego Retzius-Eckwalla!… On nazywa się po prostu Aleksandrowicz i mieszka przy ulicy Marszałkowskiej, jeżeli jeszcze w ogóle gdzie mieszka.
- Nie - odpowiada mi rozwaga - to nie żaden Aleksandrowicz, to naprawdę musi być Szwed. Bo gdyby on w Warszawie obmyślił swój wynalazek, nigdy by o nim nie słyszano i żyłby w nędzy jak nasz Aleksandrowicz. Biednymi wynalazcami u nas nikt się nie opiekuje, a ci filantropowi, jacy są, wolą gonić żebraków…” (str. 187)
Trudny do pojęcia wynalazek integrafu. Nr 196; dn. 18 lipca 1886 r.
“(…) przejdźmy do rzeczy postępowych. Pan Bruno Abdank Abakanowicz, były profesor politechniki we Lwowie, który na gruncie galicyjskiego konserwatyzmu okazał się zbyt mało uzdolnionym do wykładu matematyki, osiadłszy w Paryżu, dokonał istotnie znakomitego wynalazku. Jest nim maszyna, nazwana przez niego integrafem.
Co robi ów integraf? Na oko, nic wielkiego: kreśli tylko - w sposób bardo subtelny i elegancki - linie. Linie zwyczajne, jakby ołówkiem rysowane na papierze, mające kształty faliste, wężykowate, biegnące w górę lub spadające na dół, ale jednocześnie - rozwiązujące najtrudniejsze zagadnienia matematyczne.
Ważność aparatu wynalezionego przez Abakanowicza objaśnić można porównaniem. Wyobraźmy sobie, że umysł ludzki jest armią, a prawdy naukowe fortecą, którą potrzeba zdobyć. Otóż w dziedzinie matematyki czystej, mechaniki, fizyki i mnóstwa zagadnień technicznych owa armia strzelała dotychczas ze starych moździerzy, Abakanowicz zaś zbudował armatę - rzucającą po sto i tysiąc kul na minutę.
(…)
My, Polacy, w ogóle bardzo mało robimy odkryć i wynalazków w nauce. Tym więcej jest dziwniejsze, że między owymi kilkoma wynalazcami integrafów czy integratorów figurują dwaj Polacy: Żmurko i Abakanowicz. Ale co jest najdziwniejsze, że my, ziomkowie obu wynalazców, tak wrażliwi na narodową sławę, nie tylko nie potrafimy objaśnić cudzoziemcom rodzaju zasługi naszych rodaków, ale nawet z trudnością sami zrozumiemy: na czym on polega? (…)
W rezultacie - co zrobił Abakanowicz? Oto zbudował maszynę, która szkieletom form i zjawisk przywraca ich naturalną postać, z kawałków buduje całość i tę niesłychanie trudną pracę wykonywa w sposób zdumiewająco szybki i dokładny. Za pomocą integrafa małe dziecko, nie znające liczb, może w jednej chwili rozwiązywać zadania, nad którymi matematyk ślęczyć musi całe godziny.” (str. 171-172, 174)
Wynalazek nowego typu broni palnej - przepędza nawet cholerę! Nr 294; dn. 24 października 1886 r.
“«Szulhoferka» jest to drobne nic - karabinek wynaleziony prze amatora broni, obywatela Schulhofa. Naczynie to ma odznaczać isę prostą budową i lekkością; najcenniejszym zaś przymiotem jest 52 strzały na minutę…
Mówią, że przed kilkoma dniami cholera zajrzała do Wiednia, nawet dyrektorskim pociągiem. Dowiedziawszy się jednak o próbach z «szulhoferka» i jej 52 kulach na minutę, mruknęła:
- Niegłupiam osiedlać się w tej jaskini. Mnie także mile zdrowie!” (str. 237-238)
W tym samum numerze “Kuriera” dowiadujemy się o ciekawym wynalazku p. Orelsona.
“Obok machin takich jak szybkostrzelne karabiny, dynamitowe granaty, podwodne i nadpowietrzne torpedy, powołanych do regulowania międzynarodowej sympatii, epoka nasza może jeszcze pochlubić się machiną przeznaczoną do utrzymania wewnętrznego ładu w państwie.
Jest nią wynaleziony przez Anglika Orelsona aparat do «bicia w skórę», odznaczający się tą cenną zaletą, że - «uderza tylko w części miękkie». (…)
- Anglik?… wynalazł taką maszynę?… zawołasz ze zdziwieniem, piękna czytelniczko i liberalny czytelniku, zapominając, że niedawniej jak przed dwudziestu laty bicie w skórę wszystkich i za wszystko uważał o się za fundament «troskliwego wychowania» - «społecznego porządku» i «spuściznę tradycji».
Tak jest, w Anglii, która pod względem dojrzałości o paręset lat wyprzedza Europę, wynaleziono podobny aparat.
Wynalazek ten oryginalnym sposobem kojarzy anachronistyczny zwyczaj z gruntowną znajomością psychologii. Angielscy moraliści wiedzą o tym, że człowiek nie przynosi ze sobą na świat «zasad moralnych», że «poczucie obowiązku» nie jest mu wrodzonym, ale - że wszystkie podobne uczucia trzeba w nim szczepić i rozwijać.” (str. 239)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Docenimy Wasze głosy w dyskusji oraz odrobinę kultury osobistej.