Analizując twórczość prasową Bolesława Prusa z roku 1885, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to znacznie bardziej złożona postać, niż sobie ją wyobrażałem. Przede wszystkim zadziwia przekąs, z jakim komentuje postępy naukowe - nie tylko zresztą polskie, ale również i zagraniczne. Choć pozostaje on ich zwolennikiem, wydaje się, że nie wierzy bezgranicznie w to, że każdy z nich zapewni ludzkości wiekuiste szczęście.
Przykładem wynalazku, z którego zdaje się kpić, jest amoniafon. To urządzenie, służące do zmiany barwy głosu, opracowane przez niejakiego doktora Cantera Moffata ze Szkocji, który poszukiwał źródeł pięknego głosu u Włochów. Doszedł do wniosku, że odpowiada za to obecność w tamtejszym powietrzu olejów rosnących lokalnie roślin, dwutlenku wodoru oraz... amoniaku:
"Do zbawiennych wynalazków należy przede wszystkim "amoniafon", machina i preparat, za pomocą którego możemy sobie upiększać... głosy. (...) Każdy śmiertelnik zamiast iść do teatru, będzie wolał kupić amoniafon, nastawić własne gardło na bas, tenor czy baryton, a może i na wszystkie głosy od razu, i w dodatki - nacieszyć się włoskim powietrzem. A jeżeli jeszcze zaopatrzy się w małe album włoskich krajobrazów i to wszystko zakąsi oryginalną włoską pomarańczą za kilka groszy, to doprawdy musi sobie winszować, że przyszedł na świat w epoce amoniafonu.
Sztuczne zęby, oczy, włosy, rumieńce, nogi, sztuczne biusty - wszystkiego tego już dostarczały nam fabryki; dziś znowu przybywa możność obstalowania sobie sztucznego głos. A ponieważ od początku świata znanym był sztuczny rozum, sztuczna uczciwość, sztuczna sława i sztuczne stanowiska, tylko więc patrzeć, jak spotkamy na ulicy - ludzi sztucznych od stóp do głów, ludzi ze sztucznym ciałem i sztuczną duszą, ludzi, których można będzie kupować w sklepach na tuziny, jak dzisiaj chustki do nosa albo trykoty. Co za oszczędność dla osób wydających bale, które od tej pory będzie można urządzać bez kolacji. Co za szczęście dla rodziców mających dorosłe córki na wydaniu!..."(Kurier Warszawski, 11 stycznia 1885)
Prus nie za bardzo dowierza w zdolności Polaków do równorzędnego udziału z tym technologicznym wyścigu - nawet gdy... opisuje pewnego pomysłowego wynalazcę, który zachwala swe najnowsze dzieło... samochód!
"Z dziedziny techniki przyjaciele jakiegoś wynalazcy zapowiadają nam na rok przyszły ukazanie się, naturalnie w Alejach Ujazdowskich, cudnej machiny. Będzie nią "samochód", narzędzie poruszające się bez udziału "którejkolwiek ze znanych sił", a więc bez udziału muskułów końskich, spadku wody, pędu wiatru, ciężkości, sprężystości, ciepła i elektro-magnetycznych prądów" - patrzy się na to z przymrużeniem oka (Kurier Warszawski, 30 listopada 1885)
Dlaczego Polakom w tym wyścigu wyraźnie nie idzie? Brany przez nas pod lupę autor uważa, że interesują się wszystkim tym, czym nie trzeba - od mody aż po... zakładanie lecznicy dla rzadkich roślin. Prus nie szczędzi tej ostatniej szyderstw, pytając, czy w ramach terapii figi nie będą wysyłane do Włoch, a ananasy do Afryki:
"Niech tam inni myślą o pożytku, my strójmy się i tańczmy!... Zgodnie z tym hasłem klas przodujących, toczy się i bieg współczesnej historii. Francuzi pracują nad szczepieniem wścieklizny, myb- nad haftowanymi kapeluszami. Anglicy i Niemcy przyswajają sobie metodę Pasteura, my - zwyczaj "kaw tańcujących". Ze wszystkich ruchów cywilizacyjnych jesteśmy wrażliwi tylko na jeden: na ruch mody." ("Kurier Warszawski, 22 listopada 1885)
"No i pomyśleć, że
w tak zacnym mieście, które troszczy się o szpitale nawet dla
roślin, dzień w dzień topi się ktoś, wiesza albo strzela sobie w
łeb z nędzy! (...)
Myślę, że niejeden
desperat żałował, iż zamiast przyjść na świat jako niegodny
życia niedowiarek - nie urodził się raczej rzadką rośliną!
Wszelako mimo ekscesów
miłosierdzia, zdążającego w kierunku pokojowych psów i rzadkich
roślin, są jeszcze u nas ludzie prawdziwie miłosierni. Nie
krzywdzą oni zwierząt, lubią rośliny, ale swoją pracę czy
materialne środki skierowują przede wszystkim w stronę bliźnich
dwunożnych i dwuręcznych." (Kurier Warszawski, 11 października
1885)
Polacy znajdują się na naukowych peryferiach - i nie chodzi tu nawet o porównanie Warszawy z Paryżem, gdzie w jednym mieście odbywa się wystawa kulinarna, a w drugim - prezentacja urządzeń elektrycznych. Ziemie polskie przegrywają nawet z Petersburgiem, skąd instytucje i organizacje społeczne czerpią inspiracje do bardziej innowacyjnego działania - i to w tak kluczowych, podstawowych wręcz dziedzinach, jak higiena:
"Nasza wystawa (chodzi o warszawską wystawę kucharską) zgromadziła mnóstwo przyrządów, wykazujących związek kuchni z mechaniką, oświetleniem elektrycznym, a nawet muzyką; czymże zaś innym są na wystawie paryskiej elektromotory, lampy i wreszcie telefony?
Slowem, między obu wystawami jest tyle analogii, że nie zdziwiłbym się, gdyby w nowszych podręcznikach fizyki, obok światła, ciepła, magnetyzmu i elektryczności, pomieszczone zostało - kucharstwo, jako jedna z powszechnych sił natury. Miło zaś pomyśleć, że wielkie to odkrycie świat zawdzięczałby inicjatywie naszej." (Kurier Warszawski, 29 marca 1885)
"Już od kilku lat w tym miejscu i w innych wołałem wielkim głosem, że potrzeba zbadać naszą pracującą ludność: jak ona się karmi? ile przeciętnie waży? jakie okazuje siły na dynamometrze? Od tego czasu Towarzystwo Lekarskie miało setki posiedzeń, powstał "Rocznik Fizjograficzny", zablegrowało się Towarzystwo Przemysłowe, ba! nawet obserwatoria meteorologiczne, ale o zbadaniu naszych sił społecznych nikt nie pomyślał.
Dopiero przed paroma tygodniami odczytano w jakimś towarzystwie memoriał: o żywieniu się ludności ubogiej. Inicjatywę zaś do tej pracy dało Petersburskie Towarzystwo Opieki nad Publicznym Zdrowiem.
Jakie to szczęście, że w Petersburgu istnieje podobne zgromadzenie i że umie ono skierować patriotyzm naszych lekarzy i uczonych do badania ich własnego kraju. Inaczej, w tej kwestii musielibyśmy koncentrować się albo moimi jeremiadami, albo artykułem pani L. Ć. o Ludowych szkołach gotowania!..." (Kurier Warszawski, 22 listopada 1885)
Ułomność rodzimych instytucji naukowych i badawczych sprawia, że Polska traci talenty. Wybitni wynalazcy znajdują poklask na salonach zachodnich stolic, tak jak Julian Ochorowicz, udoskonalający telefon na potrzeby masowych transmisji, skierowanych do więcej niż tylko pojedynczej osobie przy słuchawce. W prasie przeczytać można krytykę osób, publikujących swoje rozprawy naukowe w obcych językach, podczas gdy po polsku brakuje prac nawet o potencjalnym największym bogactwie kraju - rolnictwie. Ale czemu się dziwić - należałoby się spytać Prusa - skoro w talencie Ochorowicza nie poznał się Uniwersytet Lwowski, sceptycznie patrzący się na jego zainteresowanie "magnetyzmem zwierzęcym"?
"Decydującej próby z wynalazkiem dokonano teraz na wystawie elektryczności. Telefon naszego rodaka powitał prezydenta Rzeczypospolitej dźwiękami Marsylianki, którą grała orkiestra zamknięta gdzieś w odległym budynku. Zebrani na wystawie uczeni i dygnitarze dali brawo wynalazcy, a prezydent powinszował mu świetnych rezultatów. Ciekawa rzecz, co dzisiaj o Ochorowiczu powie uniwersytet lwowski, który dotychczas uważał go za osobistość - o tyle nieudolną, o ile niespokojną?" (Kurier Warszawski, 29 marca 1885)
Co ciekawe, Prus bardzo często powtarza istotną rolę polskiej wynalazczości nie tylko dla podniesienia jakości życia w kraju, ale także w celu zredukowania naporu "żywiołu niemieckiego", odczuwanego jako bardzo silne zagrożenie w roku, w którym nasilały się "rugi pruskie" - wyrzucanie polskich rolników spoza zaboru pruskiego:
"Otóż u aptekarza, pana Matusińskiego, widziałem filtr jego pomysłu, bajecznie tani, prosty i dokładny. Zasady jego nie ogłaszam, stanowi ona bowiem własność wynalazcy, który mówiąc nawiasem, dziwnie mało dba o nią. (...)
Mnie się zdaje, może bezzasadnie, że za pośrednictwem tej mechaniki i za parę groszy można mieć po kilkanaście konewek czystej wody dziennie. Koszt doprawdy niewielki, a rezultaty dla zdrowia mieszkańców, kto wie, czy nierównie doniosłe jak kanalizacja.
Nareszcie, o ile rzecz okaże się praktyczną, lepiej będzie, jeżeli wynalazek zrobiony przez Polaka zużytkuje się na miejscu, aniżeli gdyby miał zaplątać się gdzieś, na przykład do Berlina, i przyjść stamtąd jako czynnik filtrujący przede wszystkim zawartość naszych kieszeni i nowy argument błogiego wpływu niemieckiej kultury na nasze barbarzyństwo." (Kurier Warszawski, 8 listopada 1885)
"(...) zwrócę uwagę tych panów na istotnie ciekawy i użyteczny wynalazek. Jest nim tak zwany migawkowy aparat fotograficzny Brandla, tak mały i wygodny, że za pomocą niego każdy zwykły śmiertelnik może zdejmować obrazy nie tylko przedmiotów nieruchomych, ale nawet ludzi i zwierząt w ruchu. (...)
Gdyby więc nasi turyści zaopatrywali się w podobne aparaty, nie tylko oni sami mieliby trwałe pamiątki ze swych spacerów, ale nadto mogliby zebrać nieoceniony materiał rysunkowy do opisu naszego kraju, o którym po dawnemu nie wiemy nic albo bardzo mało." (Kurier Warszawski, 3 maja 1885)
Jak widać, mimo często stosowanej przez siebie ironii Prus potrafi docenić pomysły, które jego zdaniem mają sens i przyczyniają się do poprawy krajowej sytuacji - na przykład podręczny aparat fotograficzny, naświetlający zdjęcie w 1 sekundę, opracowany przez warszawskiego fotografa, za który otrzymał srebrny medal na wystawie we Wrocławiu. Trudno nazwać go zatem konserwatystą czy przeciwnikiem postępu, ale też nie zapomina, że osiągnięcia wieku dziewiętnastego na dobrą sprawę dopiero zaczynają dościgać antyczne cywilizacje:
"Prawda, że mamy koleje żelazne, telegrafy elektryczne, pospieszne prasy drukarskie, wodę sodową, perkaliki i płyn przeciw nagniotkom, o którym dawniej nie słyszano. Ale za to w wielu wypadkach dopuszczamy się tylko plagiatu z bardzo starożytnych zwyczajów, urządzeń i wynalazków. (...)
Prawda że Lesseps przekopał Międzymorze Sueskie, niemniej jest faktem, że o tej samej rzeczy myśleli faraoni i inżynierowie egipscy. Prawda, że Francuzi chcą wybudować wieżę na 97 piętr wysoką; niemniej jednak Egipcjanie zostawili po sobie 40-piętrowe piramidy, a legendowa wieża babilońska miała być jeszcze wyższą." (Kurier Warszawski, 17 maja 1885)
Swoją drogą warto zauważyć, że jednym tchem wśród cywilizacyjnych osiągnięć wymienia koleje żelazne, wodę sodową oraz płyn przeciw nagniotkom, a także zachwala myślenie interdyscyplinarne, narzekając na zainteresowanie rodaczek i rodaków modą...
"(...) postępy w
rzemiosłach zależą od twórczości, w dziedzinie zaś twórczości
najrozmaitsze i najodleglejsze przedmioty kojarzą się ze sobą.
Prawa ruchu wahadłowego odkrył Galileusz patrząc na bujanie się
żyrandola w kościele. Pokrywka na garnku gotującej się kawy
nasunęła Montgolfierowi pomysł balonu. Drgające dno kapelusza
było nasieniem Edisonowskiego fonografu. I w ogóle nikt nie jest w
stanie obrachować, w jaki sposób na rozwój wynalazków i ulepszeń
technicznych wpływają wszelkie dziedziny ludzkiego ducha zacząwszy
od polityki i mody, skończywszy na filozofii." A potem o
stagnacji ekonomicznej jako szansie dla rzemieślników na nowe
interesy, innowacje i produkcję o wyższej wartości dodanej (Kurier
Warszawski, 14 grudnia 1885)
Cóż jednak zrobić, kiedy porówna się najlepsze i najbardziej użyteczne polskie usprawnienia z postępami nauki, które obserwować można na zachodzie? Porównajmy:
"Na obecnej wystawie (w Warszawie - przyp. BK) nie widać już wynalazków cudownych w rodzaju machiny do włażenia na słup, która brylowała (...) w roku 1874. Natomiast są wynalazki, nowości i wyroby o skromnych cechach, lecz praktyczne. Dzwonek elektryczny Abakanowicza jest tylko ulepszeniem rzeczy statej jak telegraf - termomikrofon Ochorowicza jest dalszym ciągiem telefonów, które dziś są tak pospolitymi, że nawet mało kto je ogląda. Pan Woroniecki nie zrobił cudu wybudowawszy w Warszawie regulator nakręcany raz na rok (na smutek emerytów, co żyć nie mogli bez nakręcania zegaru każdej doby) ani pp. Boczkowscy skonstruowawszy machinę szyjącą w Lublinie. Także pan Stumpf w Kieleckie, nie znalazł złota, tylko prosty kamień - trypolit, a pan Sporny nie robi weneckich mozajek, lecz ogranicza się na inkrustowaniu grubym piaskiem smołowcowej tektury..." (Kurier Warszawski, 14 czerwca 1885)
"Wynikiem tych
szperań ma być między innymi nowy produkt roślinnego pochodzenia,
ale wytworzony w laboratoriach, który można zaliczyć do cudów
świata. Wobec niego fraszka domy z papieru albo mosty ze szkła!
Nowy ten bowim celuloid jest - oporny jak żelazo, lekki jak korek, a
sprężysty i plastyczny jak kauczuk. Dość powiedzieć, że okręt
zbudowany z niego wcale nie będzie się zanurzał w wodzie, a dalej,
że gdy w ścianę podobnego statku uderzy kula, otwór po niej sam
się zabliźni, jakby kto gumę elastyczną ukłuł szpilką."
(Kurier Warszawski, 7 czerwca 1885)
Statków z coferdamu - połączenia celuloidu i orzecha kokosowego, którego litr miał ważyć tylko 40-60 gramów - nie doczekaliśmy się, co pokazuje, że być może utyskiwania Prusa na różnice rozwojowe Polski i Europy Zachodniej bywały momentami nazbyt posępne. Zdarzało mu się jednak cieszyć z drobnych sukcesów, jak chociażby elektryczne oświetlenie na wystawie w Radomiu. Kto jednak miałby "nieść oświaty kaganiec" na ziemiach polskich? Ławka nie wygląda na bardzo długą, ale powoli rośnie...
"(...) słusznym jest, że dla podniesienia nauki wiele mogłaby zrobić u nas inicjatywa prywatna, choćby przez zakładanie naukowych pracowni. Ale - kto to ma robić? Czy chłopi, którzy tyle wiedzą o nauce, co ślepy o kolorach, czy może garstka uczonych, którzy już wydają "Wszechświat", "Rocznik Fizjologiczny", "Przegląd Pedagogiczny", do czego jeszcze muszą dopłacać? (...) Nauka nie upada, ale rodzi się dopiero u nas. Opoczysty grunt umysłów przygotowuje do niej oświecona demokracja (...) Popiera ich usiłowania o tyle o ile świeżo powstała plutokracja." (Kurier Warszawski, 3 maja 1885)
Na koniec zaś - nie sposób ukryć, że postęp jest ważną kategorią u Prusa. Choć ma on swoją cenę, to jednak warto ją jego zdaniem ponieść, by wejść do "nowego, wspaniałego świata", w którego wydaje się wierzyć.
"Kilkanaście lat temu szczepiono tylko ospę, dzisiaj szczepi się już karbunkuł, trychniny, wściekliznę, a nawet cholerę i żółtą febrę. Nie rozumiem więc, dlaczego w jakimś roku 1900 - nie mielibyśmy szczepić: malarii, tyfusu, kataru żołądka, suchot, dyfterytu, konwulsji, apopleksji itd.?
Prawda, że skóra nasza będzie podziurawiona jak rzeszoto, ale będzie to skóra wieczna, niezdarta, do której nie przyczepi się żadna niemoc, nie wykluczając złamania nogi." (Kurier Warszawski, 24 maja 1885)
"Jest to straszne prawo, ale, niestety! istnieje, że w wielu razach nie usuwamy nieszczęścia, lecz tylko je przenosimy. Dowodem tego - bodajby metoda leczenia wścieklizny, wynaleziona przez Pasteura. Wielki ten badacz i dobroczyńca niewątpliwie już ubezpiecza ludzi od wścieklizny, lecz czy wiecie za jaką cenę? Oto - musi przez cały rok utrzymywać w stanie wścieklizny gromadę królików... Choroba więc nie znikła ze świata, tylko geniusz Pasteura z gatunku ludzkiego przeniósł ją na gatunek zajęczy." (Kurier Warszawski, 16 listopada 1885)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Docenimy Wasze głosy w dyskusji oraz odrobinę kultury osobistej.