wtorek, 6 listopada 2012

Kroniki – tom siódmy


Kroniki tygodniowe „Kurier Warszawski” 1884 r.

Wynalazki opisywane przez Prusa

Nr 6a; dn. 6 stycznia

Laboratorium do badania czystości materiałów spożywczych

Otwarcie placówki napotykało liczne przeszkody, brak miejsca i funduszu, jednak dwaj chemicy warszawscy postanowili wspomóc szlachetne przedsięwzięcie miasta i ofiarowali własne laboratoria. Szkopuł w tym, że jedno z nich mieściło się w szpitalu. Bo czyż niezręczną nie będzie sytuacja, kiedy interesant chcąc „przebadać” masło przechodzić będzie musiał przez liczne korytarze pełne zarazków lub, co gorsza, obok… trupiarni szpitalnej? Prus nie widzi sensu w „obrzydzaniu” działalności pracowni dostrzegając w niej „dobrodziejstwo dla miasta, które (…) spożywa mnóstwo zafałszowanego mleka, masła, piwa, wina i tranu, truje się nimi i jeszcze drogo płaci za truciznę”, a argumenty autora tekstu zbija słowami:

„Nie jestem chemikiem lub higienistą, więc mieszać się do sporu nie będę; zdaje mi się jednak, że kwestia jest postawiona niewłaściwie. Nikt chyba nie nosi do laboratoriów całej ilości zakwestionowanego masła, piwa czy mąki, ale tylko taką część jaka jest potrzebna do próby. Nie wiem zaś, czy znajdzie się w Warszawie tak grymaśny smakosz, który by nabrał wstrętu, na przykład do garnca masła, dlatego, że jedną jego łyżkę skontrolowali w szpitalu. Reszta masła mogła stać przez czas próby nawet w Saskim Ogrodzie.”

Nr 76; dn. 16 marca

Płotnickiego aparat do sztucznego wylęgania kurcząt 

„Utrzymanie kurnika złożonego z 1000 kur kosztuje 2800 rs rocznie. A że taka cyfra kur znosi jakoby 150 000 jaj po 2 kop. sztuka, czyli wytwarza 3000 rs, więc z tego źródła można by mieć czystego zysku 200 rs rocznie.

Można też w aparacie wylęgowym przerobić 6000 jaj na kurczęta, których wyhodowanie w ciągu trzech miesięcy  kosztuje 130 rs. Że zaś kurczęta można sprzedawać po 30 kop. sztukę, więc czysty zysk wyniósłby 420 rs. (…)”

Tytus Płotnicki, którego rachunki przytoczyłam wyżej, „na Nowym Świecie pod nrem 55 codziennie ukazuje aparat do sztucznego wylęgania kurcząt.” Aparat ów to autorski projekt Płotnickiego, który przy jego pomocy chce na polskim gruncie zaszczepić hodowlę drobiu na wielką skalę. Prus odnosi się do projektu tyle sceptycznie, co ostrożnie widząc w nim potencjalne miejsce pracy kobiet, którym „nie wystarczają obecne gałęzie pracy, czego dowodem są choćby szwalnie i magazyny, gdzie zmniejszyła się robota, albo pozłotnictwo ram, od którego cech pozłotniczy chciałby usunąć płeć piękną”. Mimo pomysłu pana Płotnickiego jego zakład nie jest tłumnie odwiedzany, ubodzy nie widzą sensu w zatrudnieniu się, a potencjalni inwestorzy „chcą budować tylko koleje żelazne, a przynajmniej cukrownie”. Prus z przekąsem dodaje od siebie, by Muzeum Pszczelnicze wzięło na próbę jeden z egzemplarzy i otworzyło kurs hodowli drobiu, a „dla ściągnięcie zaś słuchaczy należałoby dodać w ogłoszeniach, że inkubator z powierzchowności bardzo przypomina kasę ognistotrwałą i może być mile widzianym sprzętem w domach posiadających panny na wydaniu.” Czy na tym nastąpił koniec złośliwości Prusa? Ależ nie! Zdaniem autora „Kronik” najciekawszą stronę inkubatora stanowi zdolność wylęgania… projektów. „Mówią, że tym sposobem wykluł się projekt zaopatrzenia w fortepiany domów dla obłąkanych, obecnie zaś wysiaduje się projekt wydobycia skąd 300 rs dla uczniów nie mających czym opłacić wpisu…”, co więcej między papierami w „tym cudownym aparacie” dostrzega prośbę tonącej w długach matki o opiekę nad synami („Jeżeli masz takie szlachetne serce, że wyręczasz kury i pielęgnujesz kurczęta, to może zechcesz zając się losem moich synków, z których świat nie będzie miał pociechy, jeżeli nie zostaną wyhodowani.”) zaadresowaną do „wielmożnego Inkubatora w Warszawie”… 

Nr 90; dn. 30 marca

Dwie? przyczyny cholery

Teraz coś o odkryciach. Badania nad przyczynami cholery prowadzą dwie komisje: francuska i niemiecka. Komisja niemiecka twierdzi, że przyczyną jest „pewien mikroskopijny gatunek istot, z upodobaniem rezydujący w ludzkich jelitach”, zaś francuska donosi, że „przyczyna epidemii tkwi raczej we krwi, którą psują burzyciele nie znanego dotychczas rysopisu”. Niestety, jako że w innych państwach tego typu badania nie były prowadzone nie sposób usłyszeć bezstronnej opinii. A skoro nie sposób drogą bezinteresowną uzyskać poparcia, należy je nabyć. Lekarze niemieccy obmyślili więc „metodę stanowczą” : „Oto wynalezione przez siebie baccille cholery mają zamiar sfotografować w kilku pozach i rozesłać wszystkim towarzystwom lekarskim z uwagą, że który medyk w wypadku choroby znajdzie powyższe baccille. Otrzyma wysoką nagrodę.” Prus pozostawiając na marginesie „nieczyste” zagrania Niemców, dostrzega kolejne ogniwo problemu - odkrycie źródła choroby nie zapewni łatwości leczenia: „jedną np. z epidemij naszych mieszkań, zwaną niechlujstwem, są również istoty żyjące: karaluchy prusaki, stonogi, itd. A chociaż posiadamy ich wizerunki i wiemy, że rezydują w szczelinach murów albo za tapetami, dotychczas jednak nie mieliśmy się z nimi uporać. Któż zaręczy, że będzie lepiej z cholerą?”.

Buty z papierowymi podeszwami

W bieżącym tygodniu z Berlina do Warszawy przywieziono… pierwszą parę butów z papierowymi podeszwami. Podobno ich pojawienie się na rynku polskim (a raczej powrót na łono ojczyzny -  to nie wynalazek amerykański, lecz rodzimy! „Od wielu bowiem lat pewna grupa naszych przedsiębiorców wysyłała do Cesarstwa buty z papierowymi podeszwami, co nawet zachwiało zaufanie do tutejszego szewstwa.”) wywołał falę radości wydawców, w szczególności książek naukowych. Z jednej kąśliwej uwagi Prus przechodzi do następnej, twierdząc, że dziś but oszustwem, jutro – modą, ba, urosnąć może nawet do artykułu służącego polepszeniu sytuacji ekonomicznej. 

Sztuczne jaja

Drugim ulepszeniem, wynalezionym na Zachodzie i spopularyzowanym u nas, o którym wspomina Prus, są sztuczne jaja. Pociąg do sprowadzania z zagranicy sztucznych produktów przy zupełnym zignorowaniu wartości prawdziwych jaj, Prus wyraża w projekcie zestawu obiadowego:

„zupa ze sztucznego piwa, zaprawiana sztuczną śmietaną.
Sztuczne wina we wszelkich gatunkach – a wreszcie
Legumina ze sztucznego sago.
Sztuczne wina we wszystkich gatunkach – a wreszcie
Sztuczna czarna kawa z cukrem sprzedawanym za sztuczne ceny.”

„Wszystko to możemy jeść z naczyń wyrobionych ze sztucznej porcelany, narzędziami ze sztucznego metalu, na stołach ze sztucznego mahoniu i obetrzeć usta serwetami ze sztucznego lnu.”
 
Nr 116; dn. 27 kwietnia

Nowe lampy elektryczne w Warszawie

Dwie nowe lampy elektryczne zajaśniały na Ulicy Marszałkowskiej. Mimo że podobne światła warszawiacy mogli widzieć przy innych okazjach,  ludność stolicy wciąż nie oswoiła się z nowością: „pod jaśnie oświeconymi latarniami gromadziło się tylu widzów, iż władze czuwające nad spokojem i bezpieczeństwem miasta musiały chwycić się środków energicznych.”

Prus starając się zgłębić ciekawość tłumu zamieszcza fikcyjny dialog „ludowych filozofów”, próbujących dojść czym jest nowe zjawisko - elektryczność:

a)     „Wszystko jedno. Elektryka – to nowy gatunek oleju.”
b)   „Kiedy pan rusza klamką na stacji albo gadasz w skrzynkę, to na drugim końcu także tylko rusza klamką albo gada. Zatem elektryka na obu końcach drutu robić jedno i to samo, a nie co innego.”
c)   „W tej kamienicy jest taki walec, jak cepy w młocarni, a maszyna parowa kręci nim. I mówię panu, kiedy tam kręcą, to tu świeci ,a jak tam ustanie, to tu ciemno. (…) A pan wiesz, że pan możesz tu, na Marszałkowskiej gadać w skrzynkę, a usłyszą pana w ratuszu? A przez co?... Przez drut i przez elektrykę. (…) pan możesz na jednym końcu druta robić co innego, a elektryka na drugim końcu zrobi co innego… Pan dotkniesz, a ona zadzwoni; pan pokręcisz, a ona zaświeci.” 

Skąd przymus wymienionych wyżej „środków energicznych”? Podobno nie mogąc dojść do porozumienia debata zamieniła się w bójkę…

Nr 164; dn. 15 czerwca

Mapa „poglądowa” – amatorskie rękodzieło

Pani Wójcicka dwuletnim nakładem samotnej racy powołała do życia „poglądową mapę”, na której dostrzec można nie tylko położenie guberni, ale także rodzaj gruntu, bogactwa naturalne, charakterystyczne ubiory mieszkańców, zakłady przemysłowe itd. Prus w wynalazku widzi bezcenne narzędzie dla dziecka uczącego się geografii, ale także dla dorosłego, który swój kraj może zobaczyć z innej perspektywy i zrozumieć go lepiej z pomocą komentarza „uczonego jeografa”. 

„I pomyśleć, kto zrobił podobne cudo. Nie żaden komitet statystyczny, nie wysiłki uczonych, nie ofiary majętnych, tylko – ciężka, dwuletnie praca kobiety, obarczonej dziećmi, chorowitej i ubogiej. (…) Autorka sobie i swoim dzieciom odejmowała od ust chleb powszedni, aby stworzyć pokarm duchowy dla dzieci całego kraju.”

Teraz pozostaje odbicie mapy w tysiącach sztuk, stąd redakcja „Inżynierii i Budownictwa” gromadzi fundusze. „Trzeba zebrać pieniądze na wydanie dzieła, które ułatwi dzieciom znajomość ich kraju i które kiedyś będzie jednym z historycznych dokumentów naszych czasów; trzeba wreszcie wynagrodzić prace niepospolitej kobiety i umożliwić jej dalsze usiłowania w tym kierunku.”

Nr 269; dn. 28 września

Jak kierować balonem?

Dwaj oficerowie francuscy, pp. Krebs i Renard, wynaleźli sposób kierowania balonami. Żegluga powietrzna – największa tęsknota, niebo – kraina piękna, lot – wolność. Czyżby ludzkość czekały wielkie zmiany? – pyta Prus. Otóż nie tak wielkie, zadania stawiane wbrew naturze są, jego zdaniem, z góry zdane na porażkę. „Wynalazcą balonów, tj. maszyn lżejszych od powietrza,  nie jest bynajmniej Montgolfier ani Charles, ale – mały pająk, który przędzie nici babiego lata (…). Nici te pływają w atmosferze, tak właśnie jak nasze balony, i – właśnie dlatego idą nie tam, gdzie chce pająk, ale tam, gdzie je wiatr unosi.” Nawet jeśli za czas jakiś balony stan ą się środkiem komunikacji równie użytecznym jak kolej żelazna, nie uniknie ona zastosowania również w niegodziwych celach i pogłębi różnice społeczne:

„Czyliż machina latająca będzie posłuszna tylko uczciwym i mądrym, nie zaś głupcom i łotrom? Kto będzie miał dużo pieniędzy, będzie latał wysoko jak kondor, kto mało – nie o wiele prześcignie wróbla, a kto nic – będzie chodził po ziemi jak gęś domowa (…).”

Samoświecące guziki

Fragment o innym „przedmiocie tęsknoty” - samoświecących guzikach, przytaczam niemalże w całości jako przykład doskonałego zironizowania wynalazku bezużytecznego.

„Oto park w noc księżycową. Ciemno, drogi nie widać. Wtem w altance otoczonej bluszczem błysnęło światełko – jedno, drugie, dziesiąte…

To „ona”. Ma szlafroczek od góry do doły spięty samoświecącymi guziczkami barwy bladoniebieskiej, na ręku samoświecącego węża, pod szyją czterokolorowego samoświecącego motyla.

Zaszeleścił piasek. Czy to rój świętojańskich robaczków?... Nie. To cztery samoświecące guziki barwy białej przy otwartej kamizelce, dwie samoświecące spinki różowe przy mankietach i trójkolorowy świecący bukiecik w dziurce od guzika.

To „on”.

Rój gwiazd ze ścieżki zbliża się do roju gwiazd w altance. Cztery białe gwiazdeczki pochylają się ku ziemi, gwiazdka różowa iskrzy się obok bladoniebieskiego węża, trójkolorowy bukiecik styka się z czterobarwnym motylem.

To „on” i „ona” razem.

Czy miłość kiedy wyglądała idealniej, czy była kiedy więcej niebiańską?

Ale otóż z boku, w klombie piekielnej czarności ukazuje się posępne światło, jak księżyc w czasie zaćmienia.

To wielka spinka przy mankiecie. Gałęzie odchylają się i widać – siedm żółtych gwiazd zapiętej pod szyją kamizelki. Potem – drugie światło wielkości księżyca miedzianego koloru, a przy nim – żółtawozielonawy pas światła, długi na półtora łokcia, jak kometa.

To samoświecąca laska w ręku zazdrosnego męża.

Na resztę spuśćmy zasłonę. Pewne jest, że w tym miejscu urwie się poezja samoświecących wynalazków, a zacznie się cierpka rzeczywistość. I cóżeście zyskali, choć was zasypano gwiazdami?...”

Nr 297; dn. 26 października

Samoszyjąca maszyna Brzechfy…

Prus ubolewa nad „wadami społeczeństwa”, które paraliżują postęp przemysłu, przywołując postać p. Brzechfy, zegarmistrza od lat pracującego nad zbudowaniem sprężynowego motoru do poruszania maszyn samoszyjących, który finalnie osiągnął cel, nie ma jednak  pieniędzy na dalsze udoskonalenia projektu. Przykre jest to, że p. Brzechfy nie poinformowano, że nad maszynami samoszyjącymi pracowano od dawna (nawet w Polsce);  że maszyna została już wynaleziona we Francji; że motory są niepraktyczne, kosztowne etc. W ten sposób p. Brzechwa stracił lata pracy, czas i pieniądze, które mógł spożytkować na realizację innych projektów:

„To jest jedna z przyczyn stagnacji w naszym przemyśle. Brak wskazówek i znajomości nawet elementarza techniki jest u nas tak wielki, że sam znałem pięciu czy sześciu ludzi, którzy całe życie trawili nad zbudowaniem…  perpetuum mobile!...”

Nr 304; dn. 2 listopada

…i los wynalazcy

Prus zamieszcza sprostowanie dotyczące podania informacji jakoby p. Brzechfa do maszyn wbudowywał „motor sprężynowy”, w rzeczywistości był to bowiem motor „wagowy”. W celu zadośćuczynienia podaje szczegóły techniczne maszyny, kończąc swoje wywody stwierdzeniem: „Wstyd doprawdy, że w mieście, które posiada „Inżynierię i Budownictwo” (…), że w tym mieście o wynalazkach rozprawiają i rachunki robią (!) felietoniści… Wstyd jest, że (…) los wynalazcy-technika zależy od tego: czy „kurier” pochwali go lub zgani. Wstyd jest, że człowiek inteligentny, pracujący nad machiną, która dziś już całą ludzkość interesuje, że człowiek ten żyje w niedostatku i nie tylko nie ma na co zbudować dobrego modelu, ale jeszcze dla zbudowania tego, jaki jest, odkrada sobie chleb od ust i nie ma porządnego paltota na zimę.” Na drodze realizacji projektu powinni stanąć technicy, którzy profesjonalnym okiem ocenią talent i praktyczne wykorzystanie projektu oraz będą umieli zużytkować talent konstruktora-amatora.

Nr 358; dn. 29 grudnia

Lusterko/grzebień

„Z dziedziny technologii mechanicznej zasługuje na wzmiankę „nowy wynalazek, a przy tym produkt krajowy”. Jest nim… lusterko przyklejone do grzebienia!...

Piękna ta kombinacja niewątpliwie przynosi zaszczyt naszej twórczości. Trzeba jednak pomysł wyzyskać i obok grzebienia z przymocowanym do niego lusterkiem zbudować na przykład, nóż, który na drugim końcu miałby widelec – rękawiczki, które jednocześnie mogłyby być kaloszami, a nareszcie salonowy fotel skombinować w taki sposób na przykład z filiżanką, aby itd.”

Podsumowanie

Bolesław Prus we fragmentach felietonów dotyczących wynalazku:

- demaskuje bezrefleksyjność w przyjmowaniu zagranicznych projektów (sztuczne jaja)
- wykpiwa bezużyteczne pomysły (samoświecące guziki, buty z papierowymi podeszwami, lusterko/grzebień)
- zmusza do refleksji nad sytuacją kobiet  na rynku pracy oraz porusza kwestię inwestycji w nowe projekty (aparat do wylęgania kurcząt)
- przybliża reakcje społeczeństwa wobec industrializacji i nowych zjawisk – zagubienie i próby interpretacji (lampy elektryczne)
- ukazuje problem braku doniesień ze świata o wynalazkach, niedoinformowania tutejszych wynalazców (Brzechfa)
- apeluje, by wspomagać finansowo starania utalentowanych twórców, odpowiednio ukierunkować ich rozwój i zużytkować talent  (mapa „poglądowa” , maszyna Brzechfy)
- uświadamia, że wynalazek rymuje się nie tylko ze słowem „postęp”, lecz także „zagrożenie”; nie służy jedynie polepszeniu życia ogółu, ale może także pogłębiać różnice społeczne (balon)
- zaniepokojony jest losem wynalazcy, uświadamia zacofania rodzimego przemysłu, wyższość rzemieślnika zagranicznego od rodzimego, brak środków na rozwój nauki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Docenimy Wasze głosy w dyskusji oraz odrobinę kultury osobistej.