Kroniki
tygodniowe „Kurier Warszawski” 1884 r.
Wynalazki opisywane przez Prusa
Nr 6a;
dn. 6 stycznia
Laboratorium do badania czystości materiałów spożywczych
Otwarcie
placówki napotykało liczne przeszkody, brak miejsca i funduszu, jednak dwaj
chemicy warszawscy postanowili wspomóc szlachetne przedsięwzięcie miasta i
ofiarowali własne laboratoria. Szkopuł w tym, że jedno z nich mieściło się w
szpitalu. Bo czyż niezręczną nie będzie sytuacja, kiedy interesant chcąc
„przebadać” masło przechodzić będzie musiał przez liczne korytarze pełne
zarazków lub, co gorsza, obok… trupiarni szpitalnej? Prus nie widzi sensu w
„obrzydzaniu” działalności pracowni dostrzegając w niej „dobrodziejstwo dla
miasta, które (…) spożywa mnóstwo zafałszowanego mleka, masła, piwa, wina i
tranu, truje się nimi i jeszcze drogo płaci za truciznę”, a argumenty autora
tekstu zbija słowami:
„Nie jestem chemikiem lub higienistą, więc mieszać się do sporu nie będę; zdaje mi się jednak, że kwestia jest postawiona niewłaściwie. Nikt chyba nie nosi do laboratoriów całej ilości zakwestionowanego masła, piwa czy mąki, ale tylko taką część jaka jest potrzebna do próby. Nie wiem zaś, czy znajdzie się w Warszawie tak grymaśny smakosz, który by nabrał wstrętu, na przykład do garnca masła, dlatego, że jedną jego łyżkę skontrolowali w szpitalu. Reszta masła mogła stać przez czas próby nawet w Saskim Ogrodzie.”
Nr 76;
dn. 16 marca
Płotnickiego aparat do sztucznego wylęgania kurcząt
„Utrzymanie
kurnika złożonego z 1000 kur kosztuje 2800 rs rocznie. A że taka cyfra kur
znosi jakoby 150 000 jaj po 2 kop. sztuka, czyli wytwarza 3000 rs, więc z
tego źródła można by mieć czystego zysku 200 rs rocznie.
Można też w aparacie wylęgowym przerobić 6000 jaj na kurczęta, których wyhodowanie w ciągu trzech miesięcy kosztuje 130 rs. Że zaś kurczęta można sprzedawać po 30 kop. sztukę, więc czysty zysk wyniósłby 420 rs. (…)”
Tytus
Płotnicki, którego rachunki przytoczyłam wyżej, „na Nowym Świecie pod nrem 55 codziennie
ukazuje aparat do sztucznego wylęgania kurcząt.” Aparat ów to autorski projekt
Płotnickiego, który przy jego pomocy chce na polskim gruncie zaszczepić hodowlę
drobiu na wielką skalę. Prus odnosi się do projektu tyle sceptycznie, co
ostrożnie widząc w nim potencjalne miejsce pracy kobiet, którym „nie
wystarczają obecne gałęzie pracy, czego dowodem są choćby szwalnie i magazyny,
gdzie zmniejszyła się robota, albo pozłotnictwo ram, od którego cech
pozłotniczy chciałby usunąć płeć piękną”. Mimo pomysłu pana Płotnickiego jego
zakład nie jest tłumnie odwiedzany, ubodzy nie widzą sensu w zatrudnieniu się,
a potencjalni inwestorzy „chcą budować tylko koleje żelazne, a przynajmniej
cukrownie”. Prus z przekąsem dodaje od siebie, by Muzeum Pszczelnicze wzięło na
próbę jeden z egzemplarzy i otworzyło kurs hodowli drobiu, a „dla ściągnięcie
zaś słuchaczy należałoby dodać w ogłoszeniach, że inkubator z powierzchowności
bardzo przypomina kasę ognistotrwałą i może być mile widzianym sprzętem w
domach posiadających panny na wydaniu.” Czy na tym nastąpił koniec złośliwości
Prusa? Ależ nie! Zdaniem autora „Kronik” najciekawszą stronę inkubatora stanowi
zdolność wylęgania… projektów. „Mówią, że tym sposobem wykluł się projekt
zaopatrzenia w fortepiany domów dla obłąkanych, obecnie zaś wysiaduje się
projekt wydobycia skąd 300 rs dla uczniów nie mających czym opłacić wpisu…”, co
więcej między papierami w „tym cudownym aparacie” dostrzega prośbę tonącej w
długach matki o opiekę nad synami („Jeżeli masz takie szlachetne serce, że
wyręczasz kury i pielęgnujesz kurczęta, to może zechcesz zając się losem moich
synków, z których świat nie będzie miał pociechy, jeżeli nie zostaną wyhodowani.”)
zaadresowaną do „wielmożnego Inkubatora w Warszawie”…
Nr 90;
dn. 30 marca
Dwie? przyczyny cholery
Teraz
coś o odkryciach. Badania nad przyczynami cholery prowadzą dwie komisje:
francuska i niemiecka. Komisja niemiecka twierdzi, że przyczyną jest „pewien
mikroskopijny gatunek istot, z upodobaniem rezydujący w ludzkich jelitach”, zaś
francuska donosi, że „przyczyna epidemii tkwi raczej we krwi, którą psują
burzyciele nie znanego dotychczas rysopisu”. Niestety, jako że w innych
państwach tego typu badania nie były prowadzone nie sposób usłyszeć bezstronnej
opinii. A skoro nie sposób drogą bezinteresowną uzyskać poparcia, należy je
nabyć. Lekarze niemieccy obmyślili więc „metodę stanowczą” : „Oto wynalezione
przez siebie baccille cholery mają
zamiar sfotografować w kilku pozach i rozesłać wszystkim towarzystwom lekarskim
z uwagą, że który medyk w wypadku choroby znajdzie powyższe baccille. Otrzyma wysoką nagrodę.” Prus
pozostawiając na marginesie „nieczyste” zagrania Niemców, dostrzega kolejne
ogniwo problemu - odkrycie źródła choroby nie zapewni łatwości leczenia: „jedną
np. z epidemij naszych mieszkań, zwaną niechlujstwem, są również istoty żyjące:
karaluchy prusaki, stonogi, itd. A chociaż posiadamy ich wizerunki i wiemy, że
rezydują w szczelinach murów albo za tapetami, dotychczas jednak nie mieliśmy
się z nimi uporać. Któż zaręczy, że będzie lepiej z cholerą?”.
Buty z papierowymi podeszwami
W
bieżącym tygodniu z Berlina do Warszawy przywieziono… pierwszą parę butów z
papierowymi podeszwami. Podobno ich pojawienie się na rynku polskim (a raczej powrót
na łono ojczyzny - to nie wynalazek
amerykański, lecz rodzimy! „Od wielu bowiem lat pewna grupa naszych
przedsiębiorców wysyłała do Cesarstwa buty z papierowymi podeszwami, co nawet
zachwiało zaufanie do tutejszego szewstwa.”) wywołał falę radości wydawców, w
szczególności książek naukowych. Z jednej kąśliwej uwagi Prus przechodzi do
następnej, twierdząc, że dziś but oszustwem, jutro – modą, ba, urosnąć może
nawet do artykułu służącego polepszeniu sytuacji ekonomicznej.
Sztuczne jaja
Drugim
ulepszeniem, wynalezionym na Zachodzie i spopularyzowanym u nas, o którym
wspomina Prus, są sztuczne jaja. Pociąg do sprowadzania z zagranicy sztucznych
produktów przy zupełnym zignorowaniu wartości prawdziwych jaj, Prus wyraża w projekcie
zestawu obiadowego:
„zupa
ze sztucznego piwa, zaprawiana sztuczną śmietaną.
Sztuczne
wina we wszelkich gatunkach – a wreszcie
Legumina
ze sztucznego sago.
Sztuczne
wina we wszystkich gatunkach – a wreszcie
Sztuczna
czarna kawa z cukrem sprzedawanym za sztuczne ceny.”
„Wszystko to możemy jeść z naczyń wyrobionych ze sztucznej porcelany, narzędziami ze sztucznego metalu, na stołach ze sztucznego mahoniu i obetrzeć usta serwetami ze sztucznego lnu.”
Nr
116; dn. 27 kwietnia
Nowe lampy elektryczne w Warszawie
Dwie
nowe lampy elektryczne zajaśniały na Ulicy Marszałkowskiej. Mimo że podobne
światła warszawiacy mogli widzieć przy innych okazjach, ludność stolicy wciąż nie oswoiła się z
nowością: „pod jaśnie oświeconymi latarniami gromadziło się tylu widzów, iż
władze czuwające nad spokojem i bezpieczeństwem miasta musiały chwycić się
środków energicznych.”
Prus starając się zgłębić ciekawość tłumu zamieszcza fikcyjny dialog „ludowych filozofów”, próbujących dojść czym jest nowe zjawisko - elektryczność:
a)
„Wszystko jedno. Elektryka
– to nowy gatunek oleju.”
b) „Kiedy pan rusza klamką na
stacji albo gadasz w skrzynkę, to na drugim końcu także tylko rusza klamką albo
gada. Zatem elektryka na obu końcach drutu robić jedno i to samo, a nie co
innego.”
c) „W tej kamienicy jest taki
walec, jak cepy w młocarni, a maszyna parowa kręci nim. I mówię panu, kiedy tam
kręcą, to tu świeci ,a jak tam ustanie, to tu ciemno. (…) A pan wiesz, że pan
możesz tu, na Marszałkowskiej gadać w skrzynkę, a usłyszą pana w ratuszu? A
przez co?... Przez drut i przez elektrykę. (…) pan możesz na jednym końcu druta
robić co innego, a elektryka na drugim końcu zrobi co innego… Pan dotkniesz, a
ona zadzwoni; pan pokręcisz, a ona zaświeci.”
Skąd
przymus wymienionych wyżej „środków energicznych”? Podobno nie mogąc dojść do porozumienia
debata zamieniła się w bójkę…
Nr
164; dn. 15 czerwca
Mapa „poglądowa” – amatorskie rękodzieło
Pani
Wójcicka dwuletnim nakładem samotnej racy powołała do życia „poglądową mapę”,
na której dostrzec można nie tylko położenie guberni, ale także rodzaj gruntu,
bogactwa naturalne, charakterystyczne ubiory mieszkańców, zakłady przemysłowe
itd. Prus w wynalazku widzi bezcenne narzędzie dla dziecka uczącego się
geografii, ale także dla dorosłego, który swój kraj może zobaczyć z innej
perspektywy i zrozumieć go lepiej z pomocą komentarza „uczonego jeografa”.
„I
pomyśleć, kto zrobił podobne cudo. Nie żaden komitet statystyczny, nie wysiłki
uczonych, nie ofiary majętnych, tylko – ciężka, dwuletnie praca kobiety,
obarczonej dziećmi, chorowitej i ubogiej. (…) Autorka sobie i swoim dzieciom
odejmowała od ust chleb powszedni, aby stworzyć pokarm duchowy dla dzieci
całego kraju.”
Teraz
pozostaje odbicie mapy w tysiącach sztuk, stąd redakcja „Inżynierii i
Budownictwa” gromadzi fundusze. „Trzeba zebrać pieniądze na wydanie dzieła,
które ułatwi dzieciom znajomość ich kraju i które kiedyś będzie jednym z
historycznych dokumentów naszych czasów; trzeba wreszcie wynagrodzić prace
niepospolitej kobiety i umożliwić jej dalsze usiłowania w tym kierunku.”
Nr
269; dn. 28 września
Jak kierować balonem?
Dwaj
oficerowie francuscy, pp. Krebs i Renard, wynaleźli sposób kierowania balonami.
Żegluga powietrzna – największa tęsknota, niebo – kraina piękna, lot – wolność.
Czyżby ludzkość czekały wielkie zmiany? – pyta Prus. Otóż nie tak wielkie,
zadania stawiane wbrew naturze są, jego zdaniem, z góry zdane na porażkę.
„Wynalazcą balonów, tj. maszyn lżejszych od powietrza, nie jest bynajmniej Montgolfier ani Charles,
ale – mały pająk, który przędzie nici babiego lata (…). Nici te pływają w
atmosferze, tak właśnie jak nasze balony, i – właśnie dlatego idą nie tam,
gdzie chce pająk, ale tam, gdzie je wiatr unosi.” Nawet jeśli za czas jakiś
balony stan ą się środkiem komunikacji równie użytecznym jak kolej żelazna, nie
uniknie ona zastosowania również w niegodziwych celach i pogłębi różnice
społeczne:
„Czyliż
machina latająca będzie posłuszna tylko uczciwym i mądrym, nie zaś głupcom i
łotrom? Kto będzie miał dużo pieniędzy, będzie latał wysoko jak kondor, kto
mało – nie o wiele prześcignie wróbla, a kto nic – będzie chodził po ziemi jak
gęś domowa (…).”
Samoświecące guziki
Fragment
o innym „przedmiocie tęsknoty” - samoświecących guzikach, przytaczam niemalże w
całości jako przykład doskonałego zironizowania wynalazku bezużytecznego.
„Oto
park w noc księżycową. Ciemno, drogi nie widać. Wtem w altance otoczonej
bluszczem błysnęło światełko – jedno, drugie, dziesiąte…
To
„ona”. Ma szlafroczek od góry do doły spięty samoświecącymi guziczkami barwy
bladoniebieskiej, na ręku samoświecącego węża, pod szyją czterokolorowego
samoświecącego motyla.
Zaszeleścił
piasek. Czy to rój świętojańskich robaczków?... Nie. To cztery samoświecące
guziki barwy białej przy otwartej kamizelce, dwie samoświecące spinki różowe
przy mankietach i trójkolorowy świecący bukiecik w dziurce od guzika.
To
„on”.
Rój gwiazd
ze ścieżki zbliża się do roju gwiazd w altance. Cztery białe gwiazdeczki
pochylają się ku ziemi, gwiazdka różowa iskrzy się obok bladoniebieskiego węża,
trójkolorowy bukiecik styka się z czterobarwnym motylem.
To
„on” i „ona” razem.
Czy
miłość kiedy wyglądała idealniej, czy była kiedy więcej niebiańską?
Ale
otóż z boku, w klombie piekielnej czarności ukazuje się posępne światło, jak
księżyc w czasie zaćmienia.
To
wielka spinka przy mankiecie. Gałęzie odchylają się i widać – siedm żółtych
gwiazd zapiętej pod szyją kamizelki. Potem – drugie światło wielkości księżyca
miedzianego koloru, a przy nim – żółtawozielonawy pas światła, długi na półtora
łokcia, jak kometa.
To samoświecąca
laska w ręku zazdrosnego męża.
Na
resztę spuśćmy zasłonę. Pewne jest, że w tym miejscu urwie się poezja
samoświecących wynalazków, a zacznie się cierpka rzeczywistość. I cóżeście
zyskali, choć was zasypano gwiazdami?...”
Nr
297; dn. 26 października
Samoszyjąca maszyna Brzechfy…
Prus
ubolewa nad „wadami społeczeństwa”, które paraliżują postęp przemysłu,
przywołując postać p. Brzechfy, zegarmistrza od lat pracującego nad zbudowaniem
sprężynowego motoru do poruszania maszyn samoszyjących, który finalnie osiągnął
cel, nie ma jednak pieniędzy na dalsze
udoskonalenia projektu. Przykre jest to, że p. Brzechfy nie poinformowano, że nad
maszynami samoszyjącymi pracowano od dawna (nawet w Polsce); że maszyna została już wynaleziona we
Francji; że motory są niepraktyczne, kosztowne etc. W ten sposób p. Brzechwa
stracił lata pracy, czas i pieniądze, które mógł spożytkować na realizację
innych projektów:
„To
jest jedna z przyczyn stagnacji w naszym przemyśle. Brak wskazówek i znajomości
nawet elementarza techniki jest u nas tak wielki, że sam znałem pięciu czy
sześciu ludzi, którzy całe życie trawili nad zbudowaniem… perpetuum
mobile!...”
Nr
304; dn. 2 listopada
…i los wynalazcy
Prus
zamieszcza sprostowanie dotyczące podania informacji jakoby p. Brzechfa do
maszyn wbudowywał „motor sprężynowy”, w rzeczywistości był to bowiem motor
„wagowy”. W celu zadośćuczynienia podaje szczegóły techniczne maszyny, kończąc
swoje wywody stwierdzeniem: „Wstyd doprawdy, że w mieście, które posiada
„Inżynierię i Budownictwo” (…), że w tym mieście o wynalazkach rozprawiają i
rachunki robią (!) felietoniści… Wstyd jest, że (…) los wynalazcy-technika
zależy od tego: czy „kurier” pochwali go lub zgani. Wstyd jest, że człowiek
inteligentny, pracujący nad machiną, która dziś już całą ludzkość interesuje,
że człowiek ten żyje w niedostatku i nie tylko nie ma na co zbudować dobrego
modelu, ale jeszcze dla zbudowania tego, jaki jest, odkrada sobie chleb od ust i
nie ma porządnego paltota na zimę.” Na drodze realizacji projektu powinni stanąć
technicy, którzy profesjonalnym okiem ocenią talent i praktyczne wykorzystanie
projektu oraz będą umieli zużytkować talent konstruktora-amatora.
Nr
358; dn. 29 grudnia
Lusterko/grzebień
„Z
dziedziny technologii mechanicznej zasługuje na wzmiankę „nowy wynalazek, a
przy tym produkt krajowy”. Jest nim… lusterko przyklejone do grzebienia!...
Piękna
ta kombinacja niewątpliwie przynosi zaszczyt naszej twórczości. Trzeba jednak
pomysł wyzyskać i obok grzebienia z przymocowanym do niego lusterkiem zbudować
na przykład, nóż, który na drugim końcu miałby widelec – rękawiczki, które
jednocześnie mogłyby być kaloszami, a nareszcie salonowy fotel skombinować w
taki sposób na przykład z filiżanką, aby itd.”
Podsumowanie
Bolesław
Prus we fragmentach felietonów dotyczących wynalazku:
- demaskuje bezrefleksyjność w przyjmowaniu zagranicznych projektów (sztuczne jaja)
- wykpiwa
bezużyteczne pomysły (samoświecące guziki, buty z papierowymi podeszwami,
lusterko/grzebień)
-
zmusza do refleksji nad sytuacją kobiet
na rynku pracy oraz porusza kwestię inwestycji w nowe projekty (aparat
do wylęgania kurcząt)
-
przybliża reakcje społeczeństwa wobec industrializacji i nowych zjawisk –
zagubienie i próby interpretacji (lampy elektryczne)
- ukazuje
problem braku doniesień ze świata o wynalazkach, niedoinformowania tutejszych
wynalazców (Brzechfa)
- apeluje, by wspomagać finansowo starania utalentowanych twórców,
odpowiednio ukierunkować ich rozwój i zużytkować talent (mapa „poglądowa” , maszyna Brzechfy)
- uświadamia, że wynalazek rymuje się nie tylko ze słowem „postęp”,
lecz także „zagrożenie”; nie służy jedynie polepszeniu życia ogółu, ale może także
pogłębiać różnice społeczne (balon)
- zaniepokojony jest losem wynalazcy, uświadamia zacofania
rodzimego przemysłu, wyższość rzemieślnika zagranicznego od rodzimego, brak
środków na rozwój nauki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Docenimy Wasze głosy w dyskusji oraz odrobinę kultury osobistej.