Wynalazki rozumiane jako
konkretne przedmioty usprawniające życie codzienne pojawiają się
w zapiskach tomu III kilkakrotnie. Jednak sposób, w jaki Prus
odnosi się do różnorodnych innowacji, przenikające niemal
każdą notatkę zafascynowanie możliwościami nowoczesności
sprzężone ze stałym utyskiwaniem na ociężałość lokalnych
władz i ogólną wstrzemięźliwość Polaków przed
korzystaniem ze zdobyczy zachodniej techniki (zwłaszcza wynalazków
francuskich, angielskich i amerykańskich), każe zadać pytanie o
możliwość szerszej definicji wynalazku. W ujęciu Prusa bowiem
wynalazek to niekoniecznie urządzenie. Ujmując zagadnienie bardziej
abstrakcyjnie czy metaforycznie, można o wynalazkach mówić
jako o swego rodzaju węzłach tkanej przez Prusa tkaniny dyskursu o
postępie.
Metaforę węzła
zapożyczam zresztą z jednego z –
moim zdaniem –
najciekawszych wpisów, opublikowanego 23 marca 1877 roku w
Kurierze Warszawskim. Tekst otwiera historyjka pewnego
algierskiego eks-żołnierza, który, mieszkając niegdyś w
Paryżu, apetyt miał wielki, ale potraw bardzo niewiele; pracować
sposobem zwykłym widać nie potrafił, kraść lękał się, a na
wojenkę wracać nie miał ochoty, bo tam bywa niezdrowo. Słowem –
kwaśniał człeczyna pośród zgryzot. W
końcu jednak bohater wpadł na pomysł, jak by tu podreperować
swoją sytuację. Co więcej –
pomysł
chwycił. I tak wkrótce paryżanie gremialnie zaczęli
odwiedzać kwaterę inwalidy, aby zakupić jeden z oferowanych przez
niego towarów. Towarami tymi były przedziwne szczury z
trąbami zamiast nosów:
Żołnierz zrobił
tak. Naprzód brał jednego szczura, a potem drugiego. Jednemu
kaleczył koniec nosa, a drugiemu koniec ogona i skaleczony ogon
"zaszczepiał" (jak gałązkę) w skaleczonym nosie. Potem
oba szczury jeden za drugim leżały kilka dni na deszczułce dopóty,
póki ogon jednego nie przyrósł do nosa drugiemu. Gdy
przyrósł dobrze, żołnierz ucinał ogon drugiemu, a za to
pierwszy miał trąbę.
Mamy
tu oczywiście wątki biedy i szalbierstwa, leżących u podstaw
wynalazku. Cyrkową absurdalność i bezużyteczność konkretnego
wynalazku żołnierza wiąże jednak Prus (ekwilibrystyka
równa tej z wiązaniem nosów i ogonów) z
analogicznymi zjawiskami, zachodzącymi w poważniejszych
dziedzinach i na mniej amatorskim poziomie, zauważając najzupełniej
poważnie: W podobny sposób dzisiejsza chirurgia dorabia
nosy osobom, które skutkiem fatalnych przejść życiowych
pozbyły się własnego. To już konkretna zasługa współczesnych
dla świata. Ale mało tego: Prus rozszerza
węzłowo-transplantologiczną metaforę na refleksję o stosunkach
społecznych:
W podobny sposób
niegdyś wyłącznie rolniczemu społeczeństwu naszemu los
zaszczepił dwie klasy z obcych złożone pierwiastków, klasę
handlującą –
z Żydów, i przemysłową –
z Niemców. Wśród cierpień i gorączki przyrastają
obce dodatki do organizmu głównego. Dziś już pełnią one
funkcje im przynależne dość dokładnie (...).
Stąd
uwaga poczyniona we wstępie – nawet pozornie głupi
wynalazek, umieszczony w kontekście przemian XIX wieku, może okazać
się dobrym punktem wyjścia w szerszej refleksji nad innowacyjnością
i postępem w czasach Prusa, anektującej tak sferę badań
naukowych, jak rozrywkę, tak przypadkową anegdotę z życia
prowincjusza, jak socjologiczny komentarz na temat tolerancji w
społeczeństwie.
*
Wśród
konkretnych innowacji, jakie zajmują Prusa, znajduje się wagon
automatyczny pana Mękarskiego. Przyrząd ten jedzie bez hałasu,
rusza, zwraca się i zatrzymuje łatwiej aniżeli nasze wagony konne
i raz nabity przebiega około dziesięciu wiorst. (...) nie jest
droższy od zwykłego. Wynalazkowi towarzyszą jednak frapujące
pytania typu: Czy machina zastępująca konie ma prawo korzystać
z protekcji towarzystw opiekujących się zwierzętami? Podobne
wątpliwości ma Prus, analizując fenomen roztelefonowania się
Warszawy: Czy osoba zwymyślana przez telefon ma się uważać
za obrażoną i czy w dalszym ciągu powinna wymyślającego wyzywać
na pojedynek albo mu proces wytaczać i czy w tym ostatnim wypadku ma
być odpowiedzialnym sam obwiniony, czy też zarząd biura
telefoniarskiego i wynalazca tej interesującej machiny?
Opis
roztelefonowania się Warszawy w ogóle jest ciekawy.
Prus przewiduje przewrót w stosunkach ludzkich, jaki ma się
dokonać za sprawą telefonu, naczynia osobliwego nabożeństwa.
Dzięki niemu żony (...) staną się ideałem cnót,
przyjaciele domu wynaleźć będą musieli nowe słowniki, obmowa i
plotkarstwo przejdą w dziedzinę mitów. Tymczasem
organizowane są koncerty telefoniczne. Tak relacjonuje Prus jeden z
nich:
Boże mój! cóż
to za cudowny instrument. Wyobraźcie sobie kawałek drutu i rurkę
nie grubszą od butelkowej szyi... To telefon, z którego nie
tylko wylatywały dźwięki muzyki, ale nawet sam muzyk grający na
fisharmonii! (...) Upojony radością i podziwem wybiegłem na ulicę.
O jakżeś ty wielki, Grahamie Bellu, którego statek nie tylko
koncerty, ale instrumenty i koncertantów przenosi!...
O ile
w innej, niewielkiej wzmiance Prus wyznaje, że w jego opinii
komunikacja za pośrednictwem telefonu nigdy nie wyprze osobistego
uczestnictwa w wykładach ani czytania publikacji naukowych, o tyle
może się ona okazać zagrożeniem –
ze względu na prędkość przekazywania informacji –
dla prasy. Skomplikowana może okazać się także relacja nauki,
wiedzy i informacji oraz tempa nowoczesnego życia z innym
wynalazkiem, mianowicie fonografem:
Wiadomo, że jest to
instrument, który każdy ton i wyraz wymówiony odbija
na blasze cynkowej, a następnie powtarza go. Otóż twórcy
(...) chcą zapytać kongresu, czy nie byłoby stosownym, zamiast
wykładać gramatykę, wybijać ją wprost na głowach uczniów?
Sumienniejsi jednak filologowie myślą zaprotestować przeciwko tej
metodzie, która uczniom pozostawiłaby zbyt dużo czasu i sił
umysłowych niezajętych.
W
notatce z 6 lipca 1878 roku Prus zamieszcza obszerną sylwetkę
wynalazcy fonografu, Tomasza Edisona. Pisze m. in.:
Pan Edison nie jest
bowiem ani "smokiem XIX wieku", który łyka szpady i
pije olej wrzący, ani właścicielem jarmarcznej panoramy, ani
linochodem, ani metrem psów śpiewających, ani kataryniarzem,
ani magikiem lub magnetyzerem, ale –
uczonym i genialnym wynalazcą.
To
jedna z setek kąśliwych uwag rozgoryczonego autora, wciąż
usiłującego promować idee postępu w społeczeństwie, w którym
informacja o wizycie Edisona w Warszawie wywołała zainteresowanie
mniejsze, niż wiadomości o tym, że w jakiejś wsi skradziono
konia z uciętym ogonem. A przecież mamy tu do czynienia z
człowiekiem, dzięki któremu głos pani Patti stanie się
tak tanim jak śledzie za Żelazną Bramą. Ba - (...)
przyjdzie może czas, że głosem primadonny obwijać zaczną
bezpłatnie tabakę. W tym samym wpisie prognozuje Prus
pojawienie się książek do słuchania oraz konstruuje swoisty model
oral history. Wszak (...) ileż to rzeczy, dziś uważanych
przez nas za złudzenia, w roku 1988 przejdą w dziedzinę zjawisk
realnych? Dlatego bardzo będę wdzięczny ówczesnemu
czytelnikowi, jeżeli wziąwszy niniejszy numer "Kuriera"
do ręki zechce napisać na marginesie: czy w jego epoce zostanie
zaprowadzona kanalizacja w Warszawie (...).
Zanim
jednak kanalizacja, sprawna komunikacja miejska i poprawa jakości
życia miejskiego –
zagadnienia z dziedziny postępu pojawiające się w tomie III co
chwila, nie tyle na przykładach konkretnych wynalazków, co w
ogólniejszych i rozproszonych opisach zaniedbań,
napływających z Zachodu alternatyw, refleksji autora –
dyskurs o postępie nieuchronnie rozbija się o
zaściankowość i gnuśne samozadowolenie warszawiaków,
przywykłych najwyraźniej do staroci, brudu i rosnących stert
śmeci.
Jeżeli jednak rady
niniejsze nie zostaną wysłuchane, jeżeli zatwardziały
konserwatyzm kamienicznikowski nie zdobędzie się na samodzielną a
zupełną wywózkę miejskich brudów, w takim razie
chwycę się innego środka. Będę chodził od domu do domu, będę
studiował wielkość i starożytność śmietników i o tym
wszystkim będę donosił całemu światu.
Od tej pory, o
gospodarze! ile razy na podwórzach waszych spotkacie mężczyznę
grubego, na krzywych nogach, a przy tym łysego jak kolano, ścigajcie
go, bo to ja będę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Docenimy Wasze głosy w dyskusji oraz odrobinę kultury osobistej.