"Międzynarodowe towarzystwo telefonów, przebiwszy głową mur koncesji musi obecnie walczyć z dwiema nowymi potęgami.
Pierwszą - stanowią niektórzy właściciele domów, nie mogący oswoić się z myślą, ażeby ponad szczytami ich własnych dachów przechodziły cudze druty. Co dziwniejsze, że ci nieprzejednani nie są bynajmniej posesorami z jakiejś ulicy C h ł o d n e j, T w a r d e j albo Ż e l a z n e j, lecz właśnie z ulicy- Z g o d y i B r a c k i e j [wyróżnienia- Bolesław Prus].
To mi z g o d a i b r a t e r s t w o, które nie chce się zgodzić nawet na przeprowadzenie drutów ponad dachami i na ułatwienie ludziom przynajmniej telefonowego braterstwa!"
To jeden z żartów Bolesława Prusa, ale przecież nie chodzi o to, by się śmiać a uśmiechać się. Prus w tomie V nie "odmalował" a zakonserwował XIX wieczną Warszawę, by zbyt nie bolało jednak, robił to z ironicznym uśmiechem. Po lekturze kroniki można zapewniać, że nie czytało się o Warszawie, ale doświadczało się jej, i można to powiedzieć bez narażenia na zarzut poetyckiej afektacji czy czegoś w tym rodzaju. Bo nie chodzi mi o znalezienie okrągłych określeń, którymi najeżone są niektóre teksty krytyków literackich czy doktorów filologii polskiej, w stylu "bo pisarz tu nie posługuje się barwą, a żywą materią", które musimy czytać by na konwersatoriach nie produkować tylko dwutlenku węgla, ale może też trochę refleksji (i wyszła mi "produkcja refleksji", jak widać nie da się przed tym uciec). Chodzi mi raczej o prostą sprawę, na której myślę zależało bardzo Prusowi, to znaczy jak wynalazki zmieniały życie mieszkańców Warszawy (ale też Anglii, Prus czy Wiednia, bo horyzont zainteresowań geograficznych i intelektualnych Prusa był bardzo szeroki), jak się wynalazki w Polsce aklimatyzowały (bo sytuacja zaistnienia polskiego wynalazku była niezwykle rzadka) i jak zmieniały praktykę życia codziennego.
Pojawiły się na tym blogu spostrzeżenia, że Bolesław Prus nie wierzył ślepo w wynalazki jako środek osiągnięcia wiecznego szczęścia i dobrobytu społeczeństw. Wydaje mi się, że nie trzeba zwracać w ogóle na to uwagi, taka wiara wśród literatów raczej nigdy nie była modna czy powszechna. Jedyne w co Prus zdaje się ślepo wierzyć to bezwzględną krytyka i umysłowy sprawdzian każdego istotniejszego pomysłu, rozwiązania czy opinii, które na ziemiach rozbiorowej Polski czy Królestwa a przede wszystkim Warszawy, dało się usłyszeć. Choć raczej trudno tu mówić o ślepej wierze, a o przyjętej metodzie pracy.
Kilka fragmentów:
(NR 264; 24 WRZEŚNIA 1882)
"Za urządzenie komunikacji telefonowej między stacją główną a jakimś punktem trzeba płacić 150 rs. rocznie.
Ani grosz taniej!...
Gdyby stacja główna komunikowała się już ze wszystkimi lokalami w Warszawie, ha! w takim razie może 150 rs. na rok nie byłoby drogo.Każdy kupiec, przemysłowiec, redaktor i zwykły śmiertelnik nie wychodząc z pokoju rozmawiałby, z kim by chciał. Przypuśćmy jednak, że przemysłowiec ma mieszkanie, fabrykę i trzy sklepy. Dla utrzymania więc stosunków potrzebowałby pięciu linii, za które płacić by musiał 750 rubli, czyli po 3 i pół rubla za każdy dzień roboczy".
Z trudem wyobrażam sobie wartość ówczesnego 1 rubla. Gdzieś w kronice pada informacja, że biedny rzemieślnik zarabia jednego rubla dziennie i nie wystarcza to na utrzymanie jego i żony. Wydaje mi się, że może to jednak wystarczać na skromne życie jednej osoby. Jeśli dziś najniższa pensja krajowa wynosi ok. 1400 złotych to wypada 46 złotych dziennie. Oczywiście inne czasy, inne potrzeby, inne standardy. Ale jeśli te 40 złotych podstawić za rubla i pomnożyć przez 750 jak chce Prus otrzymamy rachunek na 30000 tysięcy złotych za rok używania telefonu, z którego możemy zadzwonić do 5 miejsc.
Dalej Bolesław Prus rozwija żartobliwą wizję, w której telefon wpłynąłby na stosunki między ludzkie, zmieniłby znaczenie i moc słów, inne obcowanie w czasoprzestrzeni (telefoniczna obecność na dramacie w teatrze) wpłynąłby na etyczny (moralny?) aspekt rozmowy (czy romans przez telefon to już romans?), a słowo honoru ? (swoją drogą ciekawe co na to Jan Lechoń, specjalista w tej dziedzinie).
Interesujące spostrzeżenia ma Prus na szał wynalazczości, który opanował społeczeństwo w latach 1881-82 i zapewne też wcześniej. Wierzę w słowa Prusa, nie mam też wielkiego wyboru bo kontekst gorączki inwencji, która opanowała Europę w końcu XIX wieku znam tylko z belletrystyki ("Śmierć na kredyt" Celina) a nie literatury faktu. Bolesław Prus odnosi się jednak do różnych źródeł i kontekstów, to daje więc panoramiczny ogląd:
(NR 271; 1 PAŹDZIERNIKA 1882)
"W ogóle w kraju naszym panuje dziwna łatwość robienia pomysłów. Zacząwszy od mieszczan myślących o konkurencji z hodowcami bydła, a skończywszy na wieśniakach, którzy wprawdzie nie zdobyli się na przyzwoite drogi boczne, ale za to myślą o budowaniu kolei żelaznych na własne ryzyko, każdy coś wymyśla.
Skutkiem tak wielkiego ruchu pomysłów dzienniki przewidują reformę nawet w sposobie wydawania patentów na wynalazki i myślą że odnośna komisja każdemu wynalazcy napisze patent darmo, lecz zastrzeże sobie procent od zysków, jakie przyniesie wynalazek.
W ciekawej pozycji znaleźli by się wówczas np. nasi autorowie dramatyczni, którzy za wynalezienie nowej komedii biorą po 30 rs. od aktu, jednorazowo, podczas gdy komisja patentowa pobierałaby procent od dochodu z każdego przedstawienia. Przyznać więc trzeba, że ów zalecany przez zdienniki procent byłby dosyć radykalnym środkiem na uśmierzenie wynalazków."
I dalej:
"Ciekawym też jest paragraf, wg. którego nie powinny otrzymywać patentów wynalazki- teoretycznie niezgodne z prawem natury. Gdyby pomienione zastrzeżenie znane było w początkach bieżącego wieku, z pewnością dziś bylibyśmy wolni od kolei żelaznych, telegrafu ...[itd]"
Bolesław Prus nie zostawia też suchej nitki na urzędach patentowych.
Z drugiej strony Bolesław Prus porównuje sytuację na ziemiach polskich ze Stanami Zjednoczonymi:
(NR 113; 21 MAJA 1881)
"Niedawno pewien uczony pokazał mi jakiś amerykański tygodnik. Znajdują się tam różne ciekawe rzeczy, a między nimi najciekawszy- spis patentów udzielanych na wynalazki.
Ze spisu tego okazuje się, że w Stanach Zjednoczonych dokonywa się przecięciowo co tydzień po kilkaset, jeżeli nie parę tysięcy wynalazków!..."
Warto by aby w tym miejscu Prus rozjaśnił nieco kryteria przyznawania w USA patentu. Statystyka sama w sobie mówi niewiele. W latach 50 tych XX wieku w Indiach uznawano za osoby piśmienne takie które potrafiły napisać swoje imię i nazwisko bezbłędnie. W Chinach piśmienną osobą był ten, kto umiał napisać (narysować) i odczytać ponad tysiąc unikalnych znaków z alfabetu.
Dalej Prus pisze:
"Ponieważ jednak w naturze musi istnieć równowaga, więc za to u nas co tydzień nie robi się- żadnego wynalazku. Jeżeli zaś przyjdzie komu dopuścić się podobnej niedorzeczności, wówczas doprowadzają go do porządku inni, negując jego robotę". Prus wyjaśnia jednak szerzej przyczyny tej sytuacji na przykładzie:
"Otóż niejaki p. Franciszek Niemira, urzędnik jednej z dróg żelaznych, obmyślił dwa wynalazki. Jednym- jest: automatyczny system łączenia i odłączania wagonów, dzięki czemu ludzie nie potrzebowaliby wchodzić między bufory i narażać się na zgniecenie. Drugim wynalazkiem jest: przyrząd ostrzegający o złym nastawieniu weksli na stacji, przy czym zawiadowca, nie wychodząc ze swego pokoju, mógłby kontrolować każdy ruch weksli natychmiast zawiadomić zwrotniczego o błędzie.
Oba te przyrządy są dotychczas dopiero modelami, ponieważ p. Niemira nie posiada funduszów na zrobienie odpowiednich doświadczeń, a poparcia ze strony wpływowych doczekać się nie może. Dlaczego? Rzecz prosta, dlatego, że w Ameryce dokonywa się co tydzień setki wynalazków. Ponieważ zaś my odnośnie do Ameryki żyjemy do góry nogami, więc i wszystko inne dziać się musi u nas do góry nogami, właśnie jak potrzeba." Później Prus podaje przykład polskiego postępu do góry nogami- rzemiosła uczono więźniów, ale na dzieci nie było już funduszy.
Jak z kolei Prus widzi sytuację w Królestwie Polskim w porównaniu do Europy? Tutaj przykład w kontekście ekspedycji afrykańskiej:
(NR 22; 27 STYCZNIA 1882)
"Po co ziomkowie nasi jadą do nieznanego konta Afrykii? Czy po to, żeby skręcić kark na cudzej ziemi- czy po to, żeby poznać nowe krajobrazy - czy po to, żeby zebrać kilka pudeł roślin, kilka wypchanych zwierząt i napisać nową książkę?
Nie. Oni jadą po to, żeby ucywilizowanemu światu wynaleźć nowe terytorium. Jadą po to, ażeby z czasem kilka milionów Eurpejczyków, nie mogących wyżywić się w domu- zamiast kraść, rozbijać lub zabijać siebie- znaleźli w tej odległej części świata nową ojczyznę, gdzie będą szczęśliwszymi niż dawniej. Jadą nareszcie po to i po to narażają się, ażeby dać Europie nowe kraje, skąd z czasem przypływać będą dziesiątki milionów korcy zboża, bydło, wełna [itd.]
Ale z jakiej racji my mamy robić podarunki światu?[...]
Czy byłeś kiedy, czytelniku, na składkowej majówce, na którą jeden dał pieczeń, drugi chleb, trzeci wino, a ty sam- nic! Jadłeś wszystko od ludzie, ale ludzie nie jedli nic od ciebie. Czy pamiętasz, jak byłeś wtedy zakłopotany, jak na ciebie patrzyli inni i jak mówili między sobą:
- On nie dał nic. Nie jest wprawdzie ostatecznym biedakiem, ale mniejsza. Resztek dla niego nie zabraknie!...
Otóż w takim samym położeniu jesteśmy my wobec cywilizacji. Anglicy wynaleźli lokomotywy, Francuzi przędzalnie, Niemcy druk, inni telegrafy, inni gaz ośwoietlający [...]a my- nic."
Jeśli jest tak źle, to dlaczego w społeczeństwie panuje przekonanie, na równi z tym pesymistycznym powyżej, że Królestwo Polskie już nie tyle dogoniło zachód, ale w pewnych dziedzinach jest nawet dalej posunięte w rozwoju technologicznym. Pisze o tym Prus w poniższym fragmencie:
(NR 102; 6 MAJA 1882)
"Wkrótce Warszawa stanie się sławną z obfitości środków komunikacyjnych. Od dawna już posiadaliśmy miejską pocztę i biuro wysyłania ciupasem. Obecnie zaś posiadamy kilka filij pocztowych, kilka biur posłańców, tramwaje i- nowy wózek- jaskółkę, którą w sześciu egzemplarzach wysłano aż do Ameryki, co według pewnego dziennika dowodzi, że: przemysł nasz nie tylko dorównał zagranicznemu, ale nawet- prześciga go w wielu razach".
I tak. Przemysł nasz nie tylko dorównał zagranicznemu, ponieważ znajdujemy się wobec zagranicy na stopie- wymiany usług, jak równy z równym. Stamtąd przychodzą do nas: szpilki, igły, nici, odzież, płótno, żniwiarki, lokomotywy, fortepiany i wielie mnóstwo innych rzeczy. My w zamian dajemy zagranicy naprzód- jaskółki, wysyłane aż do Ameryki, po wtóre- bociany, żurawie, szpaki, słowiki i wielkie a wielkie mnóstwo tym podobnych wyrobów krajowego przemysłu, wysyłanych aż do Afryki."
Wydaje mi się, że w XIX wieku nie liczono skrupulatnie bilansu handlowego, ale szacunki chyba były przeprowadzane ("ponieważ znajdujemy się wobec zagranicy na stopie- wymiany usług, jak równy z równym"). Dziwne, że prasa dochodziła do tak naiwnych wniosków, jak powyższe, wyśmiane przez Bolesława Prusa.
A co z innymi wynalazkami, czy w Polsce zupełnie nic nie wymyślano, nie chodzi już o przełomowe urządzenia jak telegraf czy maszyna parowa, ale cokolwiek?
(NR 42; 21 LUTEGO 1882)
"Wiadomo, że druty telegraficzne opierają się na słupach. Jeżeli drut pęknie przy dzwonku, trzeba drapać się na każdy słup. Dotychczas używano przy tym drabiny, która jest przyrządem nieporęcznym i do obsługi wymaga paru ludzi. Od kilku zaś lat myślą nad wynalezieniem maszynki niewielkiej i lekkiej, która by mogła zastąpić drabinę-i- jak czytałem, obecnie udało się jednemu z mechaników rozwiązać to zagadnienie."
Nie jest tu co prawda jednoznacznie wskazane czy chodzi o wynalazek polski, dalej na tej samej stronie pisze Prus, że widział testy urządzenia w Warszawie, co też nie przesądza sprawy.
Prus zwraca też uwagę jak wygląda współpraca środowisk sobie bliskich czyli wynalazców, rzemieślników i naukowców:
(NR 57; 11 MARCA 1882)
"Po wtóre dowiedziałem się, że prawie od roku istnieje w Warszawie Uniwersalne Biuro Robót Technicznych i Budowlanych pod kierunkiem inżyniera Puciaty. Biuro udziela objaśnień technicznych a nawet porad wynalazcom, którzy dotychczas nie miei żadnej porady. Dalej- biuro gromadzi adresy wszystkich techników z wymienieniem specjalności i takowe ogłaszać ma we własnym roczniku bezpłatnie. Nareszcie- biuro myśli o wydawnictwie popularnej technologii, której dotychczas nie posiadaliśmy."
(NR 90; 22 KWIETNIA)
"Miesiąc temu pomieściłem w kronice list p. Archimowicza, ślusarza, który zapytywał: czy Inżynieria i Budownictwo nie mogłaby drukować specjalnego dodatku dla ślusarzy? List ten został uwzględniony, a redakcja Inżynierii i Budownictwa gotowa jest podjąć się prowadzenia dodatku dla ślusarzy pod pewnymi warunkami [...]
Jest to chwila dla naszych ślusarzy bardzo ważna. Odtąd, gdy zechcą, oni pierwsi ze wszystkich w tym kraju rzemieślników będą mieli swój własny organ, będą wiedzieli o każdym nowym wynalazku czy ulepszeniu w dziedzinie ślusarstwa [...]"
Bolesław Prus a sprawa designu.
(NR 145; 2 LIPCA 1881; NR 67; 26 MARCA 1881)
Prusowi kwestia designu czy też sztuk stosowanych do przemysłu leżała na sercu. Kilkakrotnie w całym tomie problem powraca: układa program wystawy w muzeum sztuk stosowanych do przemysłu, zdaję relację z wystawy, pisze o swych wrażeniach z Wiednia, gdy widział tam pięknie zdobione szkatułki, porcelany, krzesła. Wnioskował, że Wiedeńczycy zwyczajnie gromadzą wiedzę na temat wzorów i na bazie tej wiedzy wyhodowali swą oryginalność w dziedzinie sztuki użytkowej. Prus krytykuje też produkty polskiego przemysłu, za ich surowość i nikłą atrakcyjność (estetyczną czy jakkolwiek to nazwać).
Bonusy
W tomie V zamieścił Prus mnóstwo żartów dotyczących wynalazków, czy inaczej, ich plagi. Chodzi oczywiście o pseudo- wynalazki (Prus nie używa tego określenia), czyli te które są nieudane, wymyślone lub niepraktyczne. I tak mamy:
Byt niezależny [fragment ogłoszenia i komentarz Prusa]:
(NR 163; 23 LIPCA 1881)
"Byt niezależny- Osobom inteligentnym tak na wsi, jak i w mieście, wskazuje się zajęcie poboczne przynoszące od 60 do 100 rs miesięcznie. Adres itd.
Otóż jakiś Wołyniak, szukający pobocznego zajęcia z dochodem 60-100 rs, nie tylko wysłał list pod wskazanym adresem, ale nadto, na żądanie wynalazcy bytu niezależnego, posłał mu 5 rs - za sekret.
Czy mu odkryto sekret niezależnego bytu z pobocznym zajęciem i pensją 60 do 100 rs miesięcznie - i - jaki był ów sekret? Nie wiem W każdym razie Wołyniacy po wyprawieniu 5 rubli zaczęli domyślać się figla i z niemałym pośpiechem wysłali do mnie list z prośbą, ażebym: Warszawę, cały kraj, a nawet cały świat- ostrzegł przed pułapką noszącą tytuł: Byt niezależny, z zajęciem pobocznym, itd.
Mnie ścisnęło serce. Miły Boże! jaka u nas musi być bieda, jeżeli dla chwilowego odstraszenia jej- jeden sprzedaje, a drugi kupuje sekret niezależnego bytu itd."
Drwiny z tego jakoby samo nazwanie przyrządu było już wynalazkiem, przypadek Uzdrawiaczy:
(NR 238; 22 PAŹDZIERNIKA 1881)
"Zauważono nareszcie, że każdy fach musi posiadać odpowiednie narzędzia, więc i dezynfekcyjna komenda winna być zaopatrzoną w stosowny przyrząd, podobny do sikawki. Maszynę taką lekarze nazywają pulweryzatorem, który to wyraz niczego nie uczy a co gorsza jest cudzoziemski. Proponuję więc, ażeby sanitarna sikawka, mająca przywrócić zdrowie i wesołość miastu, została nazwaną: uzdrawiaczem. Nie wątpię, że taki uzdrawiacz, we właściwych miejscach i umiejętnie stosowany, po upływie niejakiego czasu przywróci w zaludnieniu miasta równowagę, którą, niestety! zerwała nienormalna śmiertelność."
Lód jako nowy rodzaj użyteczności publicznej [sformułowanie- B.P]:
(NR 73; 2 KWIETNIA 1881)
"Amatorowie higieny i stronnicy dobrych obyczajów podnieśli gwałt z powodu, że: z jakiejś tam mykwy brano lód do jakiejś tam cukierni, bawaryj i restauracyj.
Wypadek ten jednomyślnie potępiono. Dlaczego?... Nie wiem. Bo, na przykład, co powiedzielibyśmy o takiej fabryce gazu, która wydobywszy z węgli gaz oświetlający, wywiozłaby koks i smołę gazową za miasto i rzucała w błoto?[..]"
Hermetyczne pojemniki na śmieci w Warszawie:
(NR 90; 22 KWIETNIA 1882)
"Mają być w każdym podwórzu hermetyczne śmietniki na śmiecie.
Idem- hermetyczne wycementowane doły pomyjowe, których treść wywożona będzie za miasto przy pomocy nie mniej hermetycznych beczek.
Na hermetyczne śmietniki- zgoda. Ale z innych ulepszeń musimy skwitować. Już do budowy kanałów trzeba będzie cementu i rur hermetycznych; obecnie- chcą jeszcze cementu na doły hermetyczne, lękam się więc, ażeby wobec tylu zapotrzebowań nie zabrakło w końcu i cementu, i hermetyczności w Warszawie..."
Teoria wiatrów:
(NR 79; 8 KWIETNIA 1882)
"- co to są wiatry- zapyta zdziwiony czytelnik.
Także kwestia! A co to jest eter, protoplazma, bakteria, grawitacja, siła żywa? Są to tak zwane: przyczyny wyjaśniające. Usuńcie eter, a nowożytna optyka (patrz Jakub Pik i synowie) utraci swoją jasność. Przestańcie wierzyć w bakterie, a zadacie cios najnowszej teorii chorób zakaźnych. Zniszczcie grawitację a zginie świat.
Nareszcie usuńcie wiatry, i to wiatry przychylne, wiejące od strony żelaznego kanclerza, a najnowsze prawa dotyczące katolików staną się niezrozumiałymi, przynajmniej mego przyjaciela, który wynalazł teorię wiatrów".
I dalej w tym duchu. Tutaj zmyślony wynalazek, wynalazek - żart, służy satyrze politycznej. Widać więc, że pojęcie wynalazku wkraczało na wiele językowych obszarów i wykorzystywane było w polemikach, tekstach satyrycznych, felietonach, jako np. figura stylistyczna.
Poza tym w tomie V pada jeszcze krótka wzmianka o wynalazkach na stronie 166 wydania PIW-u z 1955, niezbyt interesująca wzmianka o balonach i nadpowietrznych podróżach na stronach 246 i 148 (to samo wydanie wszędzie). Dwa zdania o nauce w ogóle na stronie 152 i o soleniu szyn - 253.
Bonus 2
Diss na Syrokomlę (i jego wielbicieli):
(NR 257; 17 WRZEŚNIA 1882)
"Bo teraz modną staje się kwestia pomników. Jeszcze nie zebrano na pomnik Mickiewicza, a już prywatnie, bez hałasu poczynają kapać grosze na pomnik dla Syrokomli. Za kilka lat każda redakcja przypominając o potrzebie odnawiania kwartalnej prenumeraty będzie mogła dodać dla zachęty, że- i ona wzniosła pomnik jakiemuś poecie. Gdy zaś zabraknie poetów, to przynajmniej własnemu redaktorowi."
Porównanie Niemca do noża:
(NR 249; 5 LISTOPADA 1881)
"Niemiec jest niebezpieczny, to prawda; ależ ogień, proch, nóż są także niebezpieczne, a- jednak oddają usługi."
Warto dodać, że styl Prusa jest bardzo dobry, gładko potrafi przechodzić od artystów scenicznych do zarządu kopalni galmanu pod Olkuszem, co daje komiczne, czasem naprawdę zabawne, efekty.