środa, 5 grudnia 2012

Kroniki - tom dziewiętnasty



1907

Nr 15; dn. 13 kwietnia

„Wyborną, pierwszorzędną uwagę wypowiedział pan Koskowski w następującym zdaniu: „Niemcy nie mają za wiele geniuszu wynalazczego, lecz umieją obserwować i z  nauk doświadczenia cudzego korzystać…” Umieć obserwować… co to za klucz do wszelkich odkryć i wynalazków, do wszelkich postępów… Umieć obserwować! A my właśnie należymy do narodów, które obserwować nie umieją, które wolą fantazjować i nie uczą się nie tylko z cudzego doświadczenia, ale nawet z własnych, krwawych doświadczeń. Bo tylko rozważmy, jaka istnieje różnica między umysłowością średnio kształconego Niemca i – Polaka. Niemiec wprawdzie zajmuje się poezją, teatrem i innymi sztukami pięknymi, ale nie przeważnie… Przeważnie interesuje go chemia, elektrotechnika, budowa lokomotyw, dróg żelaznych i okrętów, geografia i statystyka, języki nowożytne, ekonomia społeczna, handel i wszelkiego rodzaju rachunki. A co lubi Polak?... Poezję, powieść, teatr, coś, co nazywa historią, no – i wszelkiego gatunku rozrywki. Doszliśmy już do tego stopnia upadku, że nie tylko w dziedzinie sztuki, ale w filozofii, w socjologii, w polityce, ba!... w naukach przyrodniczych cytujemy jako najwyższą powagę zdania poetów.
            Otóż, przyjacielu, taki stan rzeczy, jeżeli nie ma doprowadzić nas do umysłowego i materialnego bankructwa, mus się zmienić. My, Polacy, musimy nie tylko nauczyć się pracy silnej i wytrwałej, ale jeszcze musimy nauczyć się p a t r z e ć  i  m y ś l e ć. Dotychczas bowiem patrzymy na świat i myślimy – bezładnie, to jest: bez celu, bez planu, bez metody…”

Nr 20; dn. 18 maja

„Najważniejszą […] zasługą Prószyńskiego są – elementarze. Obmyślił ich kilka, każdy coraz lepszy. Jeden z nich wyszedł w dziewięciuset dwudziestu pięciu tysiącach egzemplarzy i otrzymał pierwszą nagrodę na wystawie londyńskiej. Później ogłosił Promyk Obrazową naukę czytania i pisania, która, przynajmniej na mój rozum, jest ostatnim słowem elementarza. Obecnie zaś jako dopełnienie tej książki zapowiedział wydanie Obrazów do nauki czytania i pisania polskim sposobem K. Promyka. I te właśnie obrazy razem z Obrazową nauką mają być narzędziem, przy pomocy którego „dwustu ludzi w ciągu półrocza miałoby możność wszystek nasz lud nauczyć czytać i pisać.”

Nr 22; dn. 1 czerwca

„[…] Sympatią nie cieszymy się wśród obcych… Dlaczego? Co tam (za granicą) robią nasi? – Otóż właśnie, że… nic nie robią, jeżeli nie wszyscy, to przynajmniej duży ich procent. Młody człowiek wyjeżdża za granicę niby to do uniwersytetu czy specjalnego zakładu i zamiast na kursa idzie z rana na bilard, w południe na śniadanie czy obiad, po południu na piwo lub kawę… W taki sposób przepędza dnie, tygodnie, semestry i wraca do kraju, nawet nie nauczywszy się języka narodu, wśród którego długo mieszkał i niemało wydał pieniędzy, jeżeli nie zaciągnął długów.
            […] Jakże inaczej robili i robią Anglicy i Niemcy, którzy gdziekolwiek znajdą się, pilnie badają naturę i społeczeństwo i wzbogacają swój naród mnóstwem nowych i ważnych wiadomości. A jak inaczej robili „półdzicy” Japończykowie, którzy, dostawszy się, niekiedy z wielkim trudem i niebezpieczeństwem do Europy lub Ameryki, wszystko najpilniej oglądali, wszystko najskrupulatniej zapisywali!... Toteż z jednej strony, udało im się przetransportować do ojczyzny całą pozytywną i techniczną wiedzę ludów ucywilizowanych, a z drugiej – poznać ich słabe strony, czego dowiedli chociażby w wojnie z Rosją.”

Nr 36 ; dn. 7 września

„Parowiec „Oceanien” płynący z Marsylii na Daleki Wschód, przyjął na pokład kilka samochodów dla odwiezienia do Pekinu. Urzeczywistnia się zatem śmiały zamiar powzięty przed kilku miesiącami przez dziennik paryski „Matin” urządzenia wyścigu samochodów na olbrzymiej przestrzeni pomiędzy Pekinem a Paryżem. Uczestnicy podróży przypuszczająi, ż uda się im odbyć podróż powyższą wynoszącą 15 000 kilometrów, w przeciągu 2 do 3 miesięcy.”


1908

Nr 3; dn 19 stycznia

Prus krytykuje sposób kształcenia dotychczasowych generacji. Zwraca uwagę to, że wiele czasu poświęca się nauce gramatyki i literatury, a cała wiedza pochodziła z książek, przez co człowiek żył w świecie wyrazów, oderwany i odgrodzony od rzeczywistości. Brakowało mu praktyki i czynu. W zwiąku z tym taki umysł nie mógł robić wynalazków praktycznych, które zazwyczaj opierają się na jakichś nowych kombinacjach – nie wyrazów, ale – form i materiałów. Jeżeli taki człowiek wziął się na przykład do przerabiania społeczeństaw, a choćby tylko do sądzenia zjawisk społecznych, czy mógł nie napłodzić dziwactw?

Prus pochwala za to naukę rysunku, dzięki czemu człowiek będzie w stanie opisywać, a (raczej rysować) rzeczywistość, w przeciwieństwie do człowieka kształconego w obecny sposób.

Nr 15; dn. 11 kwietnia

„Pewien dowcipniś wynalazł, naturalnie we własnej imaginacji, nowy rodzaj lecznic dla suchotników. Mają być nimi… balony, wznoszące się na linach do wysokości dwu tysięcy metrów nad ziemią. Na takim wzniesieniu powietrze jest bezwzględnie czyste: nie zawiera ani odrobiny pyłów, ani śladu bakterii chorobotwórczych.
            Sposób leczenia łatwo pojąć. Do ogromnej łodzi balonu wsiadają pacjenci, lekarze, posługacze, a zapewne kuchnia i apteka. Po czym balon wznosi się i zawisa gdzieś nad obłokami już nie na godziny, ale na dnie, tygodnie, miesiące…
            Jaki tam przyjemny chłodek podczas lata!... Jaki spokój!... Jak tam człowiek naprawdę będzie oderwany od ziemi i jak łatwo może zapomnieć o jej troskach, niepokojach, nawet stosunkach…
            Czy i kiedy zaczną działać balony-sanatoria, przekonają się o tym nasi następcy.”

Nr 26; dn. 27 czerwca

„Kiedy pierwszy raz pokazały się olbrzymi, niby meblowe, wozy bez koni, publiczność skupiła się na chodnikach tak gęsto, jak w czasie przejazdu nieboszczyka szacha perskiego. A kiedy pierwszy raz pozwolono dostać się do wnętrza, ludzie pchali się, jak po bilety loteryjne. I przez kilka dni należało do szyku, jeżeli mógł kto powiedzieć o sobie:
            - Jechałem tramwajem elektrycznym!”

Nr 19; dn. 9 maja

„W urzędowym dzienniku francuskim wśród ogłoszeń o nowo zatwierdzonych stowarzyszeniach religijnych znajduje się następujące:
            „Kościół gnostyczny francuski (odprawianie uroczystości religijnych), Paryż, ulica Pont-de-Lodi, n4 5, Patriarcha: Fabre des Essarts.”
            Przeczytawszy ogłoszenie o nowej religii, pan Ar. Charpentier z „Journala” udał się do patriarchy z prośbą o wyjaśnienia. Zdobył nie tylko potrzebne wiadomości, ale nawet fotografię nowego dostojnika nowej wiary. Wielebny Fabre des Essarts jest to bardzo piękny mężczyzna, z siwą brodą i regularnymi rysami, na których maluje się powaga i dobroć. Nosi powłóczystą szatę i niewielką infułę, ozdobioną krzyżem egipskim, a na piersiach także krzyż egipski, w którym nad poziomymi ramionami nie ma pionowej belki, lecz kółko.”








































wtorek, 27 listopada 2012

Kroniki - tom jedenasty

„Bardzo kiepsko na świecie! Profesor fizyki Wróblewski umarł w Krakowie. Umarł poparzony płonącą naftą, ponieważ w tamtejszym laboratorium czy nie ma lamp gazowych czy tez uniwersytet nie mógł zdobyć się na kupno porządnej lampy olejnej dla swego najznakomitszego uczonego”.

 Bardzo kiepsko w Krakowie i w całej Polsce w ogóle, zdaniem Bolesława Prusa, właśnie, dlatego, że wynalazczość, naukowość odchodzi na drugi plan przed tradycjami: „Przy jego pogrzebie – mówi jeden z korespondentów – miała miejsce nader rzadka uroczystość. […] Szkoda, że za życia Wróblewskiego nie miała (podobno) inna uroczystość, mianowicie: drukowanie jego prac w Roczniku Akademii Umiejętności”.

Ale oprócz krytyki Polski, która w tym czasie nie docenia wynalazców, Prus wskazuje kraje, które są dla niego przykładem postępu - Ameryka, Anglia, Francja. Zdaniem Prusa, jednak te państwa pod kątem wynalazczości są jednym państwem. Właśnie komunikowanie się miedzy narodami może przyśpieszyć postęp: „Anglia wynalazła machinę parową, Francja warsztat tkacki, Prusy iglicówki. Gdyby te trzy narody nie komunikowały się ze sobą, miałby Anglik machinę, Francuz warsztat, […] Ale ze narody wymieniają miedzy sobą pracę, wiec dziś Anglik ma nie tylko machinę parowa, ale jeszcze warsztat tkacki itd.”.

Tym samym ludzkość wzrasta w siły materialne i duchowe, tworząc pod tym względem jedna rodzinę, podsumowuje Prus. I do tej rodziny zaliczają się również kobiety, nie tylko jak inkubatory, lecz jako równe mężczyznom - zdolne na wynalazczość, ale przy umowie prawidłowego wykształcenia: „Słyszę, że w Ameryce już tysiąc dziewięćset kobiet otrzymały patenta na - wynalazki techniczne. Jak to?... więc kobiety zdolne są do pracy umysłowej? Naturalnie - byle je wychowywano na istoty myślące, nie zaś na utuczone i opierzone gęsi”.

Ale tu Prus zanosi do wyjątku kobiet polskich, z tego powodu, że te rzeczy są dla nas zbyt mądre: "U nas z powodu "wyjątkowych warunków" kobieta ma przed sobą tylko trzy rangi: panny na wydaniu, mężatki lub wdowy i ... starej panny".

Jednak w Polsce dyskredytują się tez mężczyźni- wynalazcy: "My bowiem i uczonych mamy niewielu, i bardzo jesteśmy skłonni do dyskredytowania wynalazców".

Oprócz skłonności do dyskredytowania wynalazców, Prus wyśmiewa interes Polaków do sztuki, który "gubi" wynalazczość w Polsce:"Mamy nowy hałas i o co? O to, ażeby śpiewak w operetce, udającej epokę jakiegoś Ludwika, koniecznie, ale to koniecznie...ogolił wąsy!...".

Zdaniem Prusa, Polacy musza interesować się fizyka, gdyż należy do spraw ziemskich, w odróżnieniu od twórczości: "I rzecz prosta: fizyka należy do spraw ziemskich, a muzyka praktykuje się nawet w niebie. Ze zaś my żyjemy jak w niebie i posiadamy naiwność cherubinów, wiec nie dziw, ze nam imponuje Józio Hofman, jego współzawodnik Rulek Koczalski albo podobizna reki Szopena".

I właśnie takie mizerne interesy społeczeństwa przyczyniają się do wyjazdu wynalazców za granice: "Przy takim "poszanowaniu sztuki", przy tak wyłącznym dla niej entuzjazmie nie dziw, ze dojrzali uczeni i wynalazcy musza wyjeżdżać za granice".

Same wynalazki Prus widzi jak coś bardzo prostego dla zepsucia. Nawet maszynę parową może zepsuć kawal krzemienia - i cud zniknie:

"Wdziałem raz ogromna machinę parowa o sile bodaj czy nie tysiąca koni [...] dopiero gdym nieco ochłonął, pomyślałem: jak niewiele potrzeba, ażeby runęło to cudo. Jedno nieznaczne pochylenie gruntu, godzinna nieuwaga maszynisty, może nawet kawal krzemienia nie większy od pięści i - machina stanie, jeżeli nie wyleci w powietrze. [...] Taki malutki zgrzyt w takiej wielkiej machinie już zapowiadał ciężka chorobę!".

Prus jest przychylny amatorom nauki i broni, zwracając uwagę na badanie Ochorowicza duszy:

„Amatarowie poddający się badaniom, nie należy ich odciągać za poły”.

Wszystkie cytaty przytoczone w tej pracy pochodzą z książki Bolesława Prusa Kroniki, tom XI.

środa, 21 listopada 2012

Kroniki - tom trzeci

Wynalazki rozumiane jako konkretne przedmioty usprawniające życie codzienne pojawiają się w zapiskach tomu III kilkakrotnie. Jednak sposób, w jaki Prus odnosi się do różnorodnych innowacji, przenikające niemal każdą notatkę zafascynowanie możliwościami nowoczesności sprzężone ze stałym utyskiwaniem na ociężałość lokalnych władz i ogólną wstrzemięźliwość Polaków przed korzystaniem ze zdobyczy zachodniej techniki (zwłaszcza wynalazków francuskich, angielskich i amerykańskich), każe zadać pytanie o możliwość szerszej definicji wynalazku. W ujęciu Prusa bowiem wynalazek to niekoniecznie urządzenie. Ujmując zagadnienie bardziej abstrakcyjnie czy metaforycznie, można o wynalazkach mówić jako o swego rodzaju węzłach tkanej przez Prusa tkaniny dyskursu o postępie.

Metaforę węzła zapożyczam zresztą z jednego z moim zdaniem najciekawszych wpisów, opublikowanego 23 marca 1877 roku w Kurierze Warszawskim. Tekst otwiera historyjka pewnego algierskiego eks-żołnierza, który, mieszkając niegdyś w Paryżu, apetyt miał wielki, ale potraw bardzo niewiele; pracować sposobem zwykłym widać nie potrafił, kraść lękał się, a na wojenkę wracać nie miał ochoty, bo tam bywa niezdrowo. Słowem kwaśniał człeczyna pośród zgryzot. W końcu jednak bohater wpadł na pomysł, jak by tu podreperować swoją sytuację. Co więcej pomysł chwycił. I tak wkrótce paryżanie gremialnie zaczęli odwiedzać kwaterę inwalidy, aby zakupić jeden z oferowanych przez niego towarów. Towarami tymi były przedziwne szczury z trąbami zamiast nosów:

Żołnierz zrobił tak. Naprzód brał jednego szczura, a potem drugiego. Jednemu kaleczył koniec nosa, a drugiemu koniec ogona i skaleczony ogon "zaszczepiał" (jak gałązkę) w skaleczonym nosie. Potem oba szczury jeden za drugim leżały kilka dni na deszczułce dopóty, póki ogon jednego nie przyrósł do nosa drugiemu. Gdy przyrósł dobrze, żołnierz ucinał ogon drugiemu, a za to pierwszy miał trąbę.

Mamy tu oczywiście wątki biedy i szalbierstwa, leżących u podstaw wynalazku. Cyrkową absurdalność i bezużyteczność konkretnego wynalazku żołnierza wiąże jednak Prus (ekwilibrystyka równa tej z wiązaniem nosów i ogonów) z analogicznymi zjawiskami, zachodzącymi w poważniejszych dziedzinach i na mniej amatorskim poziomie, zauważając najzupełniej poważnie: W podobny sposób dzisiejsza chirurgia dorabia nosy osobom, które skutkiem fatalnych przejść życiowych pozbyły się własnego. To już konkretna zasługa współczesnych dla świata. Ale mało tego: Prus rozszerza węzłowo-transplantologiczną metaforę na refleksję o stosunkach społecznych:

W podobny sposób niegdyś wyłącznie rolniczemu społeczeństwu naszemu los zaszczepił dwie klasy z obcych złożone pierwiastków, klasę handlującą z Żydów, i przemysłową z Niemców. Wśród cierpień i gorączki przyrastają obce dodatki do organizmu głównego. Dziś już pełnią one funkcje im przynależne dość dokładnie (...).

Stąd uwaga poczyniona we wstępie – nawet pozornie głupi wynalazek, umieszczony w kontekście przemian XIX wieku, może okazać się dobrym punktem wyjścia w szerszej refleksji nad innowacyjnością i postępem w czasach Prusa, anektującej tak sferę badań naukowych, jak rozrywkę, tak przypadkową anegdotę z życia prowincjusza, jak socjologiczny komentarz na temat tolerancji w społeczeństwie.

*

Wśród konkretnych innowacji, jakie zajmują Prusa, znajduje się wagon automatyczny pana Mękarskiego. Przyrząd ten jedzie bez hałasu, rusza, zwraca się i zatrzymuje łatwiej aniżeli nasze wagony konne i raz nabity przebiega około dziesięciu wiorst. (...) nie jest droższy od zwykłego. Wynalazkowi towarzyszą jednak frapujące pytania typu: Czy machina zastępująca konie ma prawo korzystać z protekcji towarzystw opiekujących się zwierzętami? Podobne wątpliwości ma Prus, analizując fenomen roztelefonowania się Warszawy: Czy osoba zwymyślana przez telefon ma się uważać za obrażoną i czy w dalszym ciągu powinna wymyślającego wyzywać na pojedynek albo mu proces wytaczać i czy w tym ostatnim wypadku ma być odpowiedzialnym sam obwiniony, czy też zarząd biura telefoniarskiego i wynalazca tej interesującej machiny?

Opis roztelefonowania się Warszawy w ogóle jest ciekawy. Prus przewiduje przewrót w stosunkach ludzkich, jaki ma się dokonać za sprawą telefonu, naczynia osobliwego nabożeństwa. Dzięki niemu żony (...) staną się ideałem cnót, przyjaciele domu wynaleźć będą musieli nowe słowniki, obmowa i plotkarstwo przejdą w dziedzinę mitów. Tymczasem organizowane są koncerty telefoniczne. Tak relacjonuje Prus jeden z nich:

Boże mój! cóż to za cudowny instrument. Wyobraźcie sobie kawałek drutu i rurkę nie grubszą od butelkowej szyi... To telefon, z którego nie tylko wylatywały dźwięki muzyki, ale nawet sam muzyk grający na fisharmonii! (...) Upojony radością i podziwem wybiegłem na ulicę. O jakżeś ty wielki, Grahamie Bellu, którego statek nie tylko koncerty, ale instrumenty i koncertantów przenosi!...

O ile w innej, niewielkiej wzmiance Prus wyznaje, że w jego opinii komunikacja za pośrednictwem telefonu nigdy nie wyprze osobistego uczestnictwa w wykładach ani czytania publikacji naukowych, o tyle może się ona okazać zagrożeniem ze względu na prędkość przekazywania informacji dla prasy. Skomplikowana może okazać się także relacja nauki, wiedzy i informacji oraz tempa nowoczesnego życia z innym wynalazkiem, mianowicie fonografem:

Wiadomo, że jest to instrument, który każdy ton i wyraz wymówiony odbija na blasze cynkowej, a następnie powtarza go. Otóż twórcy (...) chcą zapytać kongresu, czy nie byłoby stosownym, zamiast wykładać gramatykę, wybijać ją wprost na głowach uczniów? Sumienniejsi jednak filologowie myślą zaprotestować przeciwko tej metodzie, która uczniom pozostawiłaby zbyt dużo czasu i sił umysłowych niezajętych.

W notatce z 6 lipca 1878 roku Prus zamieszcza obszerną sylwetkę wynalazcy fonografu, Tomasza Edisona. Pisze m. in.:

Pan Edison nie jest bowiem ani "smokiem XIX wieku", który łyka szpady i pije olej wrzący, ani właścicielem jarmarcznej panoramy, ani linochodem, ani metrem psów śpiewających, ani kataryniarzem, ani magikiem lub magnetyzerem, ale uczonym i genialnym wynalazcą.

To jedna z setek kąśliwych uwag rozgoryczonego autora, wciąż usiłującego promować idee postępu w społeczeństwie, w którym informacja o wizycie Edisona w Warszawie wywołała zainteresowanie mniejsze, niż wiadomości o tym, że w jakiejś wsi skradziono konia z uciętym ogonem. A przecież mamy tu do czynienia z człowiekiem, dzięki któremu głos pani Patti stanie się tak tanim jak śledzie za Żelazną Bramą. Ba - (...) przyjdzie może czas, że głosem primadonny obwijać zaczną bezpłatnie tabakę. W tym samym wpisie prognozuje Prus pojawienie się książek do słuchania oraz konstruuje swoisty model oral history. Wszak (...) ileż to rzeczy, dziś uważanych przez nas za złudzenia, w roku 1988 przejdą w dziedzinę zjawisk realnych? Dlatego bardzo będę wdzięczny ówczesnemu czytelnikowi, jeżeli wziąwszy niniejszy numer "Kuriera" do ręki zechce napisać na marginesie: czy w jego epoce zostanie zaprowadzona kanalizacja w Warszawie (...).

Zanim jednak kanalizacja, sprawna komunikacja miejska i poprawa jakości życia miejskiego zagadnienia z dziedziny postępu pojawiające się w tomie III co chwila, nie tyle na przykładach konkretnych wynalazków, co w ogólniejszych i rozproszonych opisach zaniedbań, napływających z Zachodu alternatyw, refleksji autora dyskurs o postępie nieuchronnie rozbija się o zaściankowość i gnuśne samozadowolenie warszawiaków, przywykłych najwyraźniej do staroci, brudu i rosnących stert śmeci.

Jeżeli jednak rady niniejsze nie zostaną wysłuchane, jeżeli zatwardziały konserwatyzm kamienicznikowski nie zdobędzie się na samodzielną a zupełną wywózkę miejskich brudów, w takim razie chwycę się innego środka. Będę chodził od domu do domu, będę studiował wielkość i starożytność śmietników i o tym wszystkim będę donosił całemu światu.
Od tej pory, o gospodarze! ile razy na podwórzach waszych spotkacie mężczyznę grubego, na krzywych nogach, a przy tym łysego jak kolano, ścigajcie go, bo to ja będę!

Kroniki - tom czternasty


Kroniki tygodniowe „Kurier codzienny” 1894 oraz 1896 r.

Pierwszy mąż dwudziestego wieku” Nr 21; dn. 21 stycznia

Wy którzy zastanawialiście się bądź w romansach, bądź w teatrze nad tematem zdrady kobiecej… Wy którzy […] łamaliście głowę nad pytaniem: Co począć, jeżeli ona was zdradzi?... Wy którzy postanawialiście:

zabić niewierną,
albo- jej wspólnika,
albo- niewierną i wspólnika
Albo strzelić w łeb sobie,
albo- jemu i sobie
albo- im obojgu i sobie

[…] posłuchajcie autentycznej historii:

W dalszej części Prus opisuje sytuację francuskiego wyrobnika imieniem Monteils, który przyłapuję swoją żonę na randce z wielbicielem jej urody. Przyłapany adorator zabrał nogi za pas i „pomknął chyżo jak zając przez malownicze łąki nad rzęką Lot”, natomiast małżonka rzuciła się w nurt owej rzeki. Monteils postanowił zostać postacią dziejową, dlatego też zamiast popełnić morderstwo lub samobójstwo, wszedł do rzeki i uratował swoją żonę. „ W każdym razie nadzwyczajny ten człowiek w sposób bardzo prosty rozwiązał zagadnienie, nad którym biedziły się setki autorów. Powiedział sobie, że miłość to interes, do którego wchodzą harmonijnie drgające czucia co najmniej dwóch osób.

Któraś z francuskich gazet nazwała Monteils’a pierwszym mężem Francji. Nieprawda!... On jest pierwszym mężem dwudziestego stulecia, które już puka do naszych drzwi.”

Nie tylko rozwój przemysłowy świadczy o rozwoju cywilizacyjnym…

Skrzydłowiec” Nr 46; dn. 15 lutego

Będziemy czy nie będziemy latać jak ptaki, z tą pewnością i bezpieczeństwem, z jaką dziś pływamy po oceanach? Ja mam przeczucie, że będziemy.

[…]

Bodaj że w ciągu następnych lat trzydziestu ród człowieczy z taką łatwością będzie latał po powietrzu, z jaką my dziś jeździmy na rowerach (Notabene. Mam do sprzedania stary rower na pełnych gumach, wagi około sześćdziesięciu funtów. Ale jakie to mądre naczynie!... Mógłbym go odstąpić z całą bezinteresownością, tylko- najwięcej dającemu; lecz ile bym przy tym łez wylał?...)

Skutkiem przystosowania skrzydłowców do każdej płci i wieku dzieci będą wyglądały jak motyle, młodzież jak sokoły, damy jak rajskie ptaki, dziewice jak jaskółki, a starsi panowie jak wrony, odpoczywając na każdej dzikiej gruszce, na każdym słupie wiorstowym.

- Marzyciel i optymista!...- wzdychasz pani z bladym uśmiechem.

Wcale nie marzyciel o czym można się przekonać z tego co nastąpi poniżej:

Swobodne, bezpieczne latanie po powietrzu dziś już nie należy do nieprawdopodobieństw. Ludzkość bowiem stanowczo porzuca balony, a coraz pilniej przypatruje się lotowi ptaków.

Co to jest balon? Jest to ogromny wór, miękki, łatwy do rozdarcia, a co najgorsze- lżejszy od powietrza.
Tymczasem ptak, machina cięższa od powietrza, leci tam, gdzie mu się podoba. Nie powietrze go unosi, ono mu tylko pomaga.

Czy nie uważasz pan dobrodziej, jak byłoby nam przyjemnie wymknąć się w górę na poobiednią godzinkę i – najszerzej rozciągnąwszy skrzydła- przedrzemać się w obłokach, z dala od gwaru i intryg ludzkich?”

Jakaż szkoda, że do dziś nie powstały skrzydłowce którymi moglibyśmy samotnie wzbijać się w powietrze…

Nowe zwroty w sztuce wojennej”. Nr 124; dn. 6 maja

Tymczasem w roku Pańskim 1893/4 przychodzi krawiec Dowe i- robi wojnie prezent z pancerza, który ma nie przepuszczać kul nowoczesnej broni.

Pancerz więc, chroniący od nowożytnych pocisków, już istnieje. A gdyby przydał się do okrycia całej figury żołnierza, poglądy na przyszłe bitwy znowu uległyby najradykalniejszej zmianie.

[…] nie ta armia zwyciężyłaby, która ma najlepsze karabiny, lecz ta, której opancerzeni wojacy umieliby zadawać najsilniejsze ciosy drągami i toporami. Sposób zatem wojowania zbliżyłby się nie tylko do starorzymskiej, ale nawet do murzyńskiej taktyki!”

Pochwała bicyklu” Nr 175; dn. 27 czerwca

Może się mylę; nim mnie jednak kto przekona, będę i nadal sądził, że rower jest jedną z najznakomitszych machin wieku dziewiętnastego. Kolej żelazna daje nam wprawdzie szybkość trzydzieści wiorst na godzinę, ale jest jednocześnie latającym więzieniem, którego nie wolno mi ani opuścić, ani zatrzymać, a które muszę dzielić z towarzystwem, nie zawsze przypadającym mi do smaku. Zaś rowerem przenoszę się z szybkością dwudziestu wiorst na godzinę (notabene ja z szybkością ośmiu wiorst), jadę, kiedy mi się podoba, popasam lub odpoczywam, gdzie chcę i- nie mam sąsiadów.”

Kinetoskop Nr 158; dn. 9 czerwca (1896)

Otóż nad ulepszeniem i uprzystępnieniem kinetoskopu pracują od dwu lat panowie: inżynier Lebiedziński, tudzież Jan i Józef bracia Popławscy.

Nie mogę wdawać się w szczegóły ich ulepszeń- podobno jeszcze nie znanych za granicą. Przedstawię tylko ogólne ich wyniki:

Przy pomocy metod i narzędzi, wynalezionych przez naszych badaczy, można będzie z łatwością fotografować wszystkie ruchy, tańce, wyścigi, ruch uliczny, zabawy towarzyskie i tym podobne.

Aparaty zaś odtwarzające te ruchy, czyli kinetoskopy, mają być o tyle tanie i łatwe do użycia, że każdy będzie mógł posiadać je w domu.

Stajemy na granicy nieomal fantastycznego świata. Bo proszę sobie wyobrazić naszych wnuków, którzy będą słuchali oper, będą przypatrywali się baletom, będą przyjmowali żywy udział w zabawach, pracach, w posiedzeniach parlamentu, w codziennej bieganinie, a nawet- w sporach i walkach ludzi, którzy już od dawna zmarli, po których nawet nie zostały prochy”

Posterunki sanitarne” Nr 101; dn. 12 kwietnia

U nas, jeżeli kto na ulicy złamie nogę albo dostanie konwulsji, otacza go tłum- pełnych współczucia próżniaków, którzy albo nie są w stanie podać żadnej pomocy choremu, albo-pomagając- zwiększają jego cierpienia.

Za granicą jest inaczej. Tam, gdy człowiek padnie na ulicy, pierwszy który go spostrzegł, biegnie do telefonu i o zdarzeniu powiadamia posterunek sanitarny.

Otóż takie posterunki sanitarne chcą hrabiowie Przeździeccy zaprowadzić w Warszawie, a przede wszystkim- okazać je na wystawie higienicznej.

Kroniki - tom piętnasty

Kurier Codzienny, r. 1897

Nr 10, 10 stycznia 1897

ROWERY: „Ukazały się też na warszawskim bruku nowe narzędzia miejscozmienności: rowery przenoszące ludzi i trójkołowce to przewożenia towarów.“ – jednak – jak donosi autor – w związku ze zwiększonym ruchem – wzrosła też liczba przejechań.


„Zawiązała się wreszcie spółka do wypuszczania na miasto „samochodów“, czyli powozów nie obsługiwanych przez konie, lecz – przez motory cieplikowe lub elektryczne. Samochody mają krążyć między placami: Świętego Aleksandra i Krasińskich“

O kolejach i samobójstwach (które wg Prusa są nadzwyczaj częste w Warszawie), Kurier Codzienny nr 24, 24 stycznia 1897

KOLEJ

„Pewna dziewczyna, jadąc koleją z Warszawy w stronę Lublina, uległa nagłemu obłędowi i w Nowej Aleksandrii wyskoczyła z pociągu. Nie zabiła się, lecz uciekła w pole. A gdy nareszcie schwytano ją z odmrożonymi nogami, z jej powikłanych opowiadań można było wywnioskować, że powodem wyskoczenia jej z wagonu było natręctwo współpodróżnych“ (s. 23) Tuż obok inny przykład – kobiety doprowadzonej do obłędu przez nachalne zaloty dwóch konduktorów. Sens moralny: „Młode dziewczęta, które samotnie podróżują kolejami, nierzadko (bardzo nierzadko!“ są nagabywane przez mężczyzn. Niektóre z nich bronią się krzykiem, inne, bardziej zdenerwowane zdradzają popędy samobójcze.“ Na Zachodzie funkcjonują nawet specjalne Towarzystwa Opieki nad Podróżującymi Dziewczętami, ale w Warszawie... No oczywiście, że nie.

Kurier Codzienny, nr 31, 31 stycznia 1897

PARYŻ: relacja przyjaciela, który przez całe życie wyobrażał sobie Paryż jako miasto cudów, a pewnego razu do tego Paryża pojechał: deziluzja.

Co się nie podobało: wysokie, sześciopiętrowe kamienice, żaluzja w oknach, wspólne dla piętra balkony-galerie, ohydna woda pitna, oziębłe kobiety, okropne zapachy, pijacy i oszuści. Ale i – drobne „szczeliny piękna“ zza których widać gorące serce Francji. Wrażliwość (sentymentalna – historia „małego Piotrusia“, zamęczonego przez opiekunów trzylatka, w którego pogrzebie brał udział cały Paryż, sprzedawano pocztówki z jego podobizną, wieńce złożyła m.in policja. Wrażliwość społeczna paryżan jako wzór (jednak!)

Kurier Codzienny nr 45, 14 lutego 1897

O UCZONYCH: popularność nie jest miarą użyteczności. Cały długi wywód o profesorze Nenckim, mikrobiologu i chemiku, który – robi rzeczy niezrozumiałe dla ogółu, ale – fundamentalnie dla tego ogółu ważne.

Kurier Codzienny nr 101, 11 kwietnia 1897

ELEKTRYCZNOŚĆ

„jest to niewidzialna siła...“ – dalej mówi sie o jej skutkach i możliwych zastosowaniach; oraz o epopei elektryfikacyjnej w Warszawie (s. 93-95)

Demon elektryczny jest tani – na tyle, że może sobie na korzystanie z niego pozwolić uboga Warszawa.

Warszawa może zostać oświetlona światłem elektrycznym – które jest „białe, silne, może być łagodne, nie kopci, nie dymi, nie rozgrzewa lokalu. Tym, którzy nie mieli sposobności poznać błogich skutków elektrycznego oświetlenia, radzę iść do teatru albo do piwiarni oświetlanych wyżej wzmiankowanym sposobem“. Przetargiem zajął się inżynier Mościcki – człowiek działający z FONOGRAFICZNĄ dokładnością.

Spór: czy dostawcą elektryczności ma być specjalistyczna firma (nadzorowana przez miasto) czy też samo miasto („jak na przykład dziś zajmuje się dostarczaniem wody“ – ale wtedy nie wiadomo, kto miałby nadzorować dostawcę – więc jest to potencjalne źródło chaosu) – wtedy „elektryfikatorem“ byłby Lindley (do którego Prus ma zastrzeżenia – bo ten się świetnie zna na kanalizacji, ale nie na elektryczności).

Kurier Codzienny, nr 120, 2 maja 1897

UDOGODNIENIA ŻYCIA CODZIENNEGO: oknomyjki. Zdumiewa mnie jednak to, że Bolesław Prus i tym się zajmował – wynalazek ten miał zapobiegać wypadaniu służących przez okna przy okazji porządków wiosennych i bożonarodzeniowych (list na ten temat napisał do niego Filomen Fafulski ;)

Kurier Codzienny nr 135, 17 maja 1897

WYJAZDY do WÓD: z powodu artykułu doktora H. Dobrzyckiego w „Kurierze Warszawskim“ – „Nasze zdrowie i bady niemieckie“ – chodzi nie tylko o pożytki z jeżdżenia do wód, ale o aspekt narodowy – nie jeździć do wód niemieckich – z powodu: utrudnień, hakaty oraz dzikości Prusaków – „Leczcie się, ile można, w kraju“

Kurier Codzienny nr 168, 20 czerwca 1897

KONSERWATYZM i POSTĘP (Prus używa słowa „postępowość“)

Waga PIŚMIENNOŚCI w postępie: człowiek „nieczytelny i niepiśmienny“ porozumiewa się tylko z ludźmi z najbliższego otoczenia, i oni są źródłem całej jego wiedzy o świecie. Piśmienny „może od razu wejść w stosunki z najdzielniejszymi umysłami świata.

Nie jakaś stara baba udzieli mu pomocy na wypadek chwilowej niemocy, ale – książka o higienie, napisana przez uczonego lekarza. Nie ciemny sąsiad będzie mu dawał wskazówki co do hodowli zwierząt czy roślin gospodarskich, ale – uczony rolnik. Nie dziad pod cmentarzem będzie mu objaśniał, na czym polega zaćmienie księżyca, albo – co to jest gwiazda poranna i gwiazda wieczorna, ale zrobi to astronom za pomocą jasnego opisu zjawisk zachodzących na niebie.“ (s. 147)

Dalej – wywód o mocy oświeconego państwa (powszechna alfabetyzacja – Niemcy) i słabości Polaków (18% alfabetyzacji, mniej jak twierdzi Prus niż na Syberii).

Co robić: łączyć zdrową zachowawczość i zdrową postępowość (ta ostatnia polega na „mnożeniu i doskonaleniu rzeczy użytecznych“).

„Okręty śrubowe, machiny szyjące i piszące, telefony, żniwiarko-wiązałki, motory elektryczne, rowery, samochody i tak dalej, i tak dalej, są to wszystko dzieła naszej epoki, które zawdzięczamy twórczym, rozwojowym i postępowym siłom ludzkości.“

„(...) zdrowa zachowawczość utrzymuje gmach cywilizacji, w którym zdrowy postęp wytwarza ruch i życie“.
W tym felietonie także – wykład o zaletach metod nauczania opartych na praktyce i doświadczeniu.

Kurier Codzienny, Nr 175, 27 czerwca 1897

Doświadczenie kurczenia się czasu i przestrzeni: „Bo też i kula ziemska od czasu zbudowania kolei żelaznych i okrętów parowych zmniejszyła się trzy do sześciu razy. Wszakże sto lat temu na godzinę przejeżdżało się zaledwie dziesięć, a dzisiaj trzydzieści i sześćdziesiąt wiorst!“. (s. 157)

Kurier Codzienny nr 272, 3 października 1897

O cywilizacji i jej najważniejszych wyzwaniach: „Śmiało można powiedzieć, że dziś do najbardziej interesujących zagadnień naukowych i społecznych należą dwa: Poznać, a przynajmniej zwiedzić okolice przybiegunowe. Wynaleźć dającą się kierować machinę powietrzną, a przynajmniej – posługiwać się balonami do jak najdłuższej podróży“. (podróże Nansena, balon Andreego – Strindberga – Frankla)

Kurier Codzienny nr 322, 21 listopada 1897

Telegraf, telefon jako sposoby na rozwiązanie wielu problemów, bezrobocia zwłaszcza.

„Ciekawy jest jednak projekt biura stręczącego pracę. Telefonem fabrykant żądałby potrzebnego mu robotnika i telefonem odbierałby odpowiedź....

(...) Zawsze gdzieś czeka praca i zawsze gdzieś czeka łaknący jej robotnik. Cała zaś mądrość polegałaby na jak najszybszym połączeniu stron zainteresowanych.

Z powyższej racji projekt „Jednego z robotników“ wydaje mi się doskonały. A te same usługi, jakie telefon oddawałby Warszawie, poczta i telegraf mogły oddawać całemu krajowi“. (s. 220).

KURIER CODZIENNY 1898

Kurier Codzienny nr 79, 20 marca 1898

WAGA WYKSZTAŁCENIA TECHNICZNEGO:

„My nawet nie domyślamy się, nawet nie przeczuwamy, jak olbrzymie – już nie tylko ekonomicznie – ale wprost – duchowe zmiany może wywołać u nas – wyższe i średnie wykształcenie techniczne... Gdzie jest prorok, który potrafiłby opowiedzieć: jaki wpływ wywrze na społeczeństwo ta masa młodzieży technicznej, mówiącej i myślącej o machinach, dobrych drogach, stylach w budownictwie, nowych wynalazkach technicznych, nowych motywach do ornamentów i tak dalej.

A kto z nas z góry nie cieszy się nadzieją, że z grona tych przyszłych techników wyjdą jednostki genialne, o których świat będzie kiedyś mówić z takim szacunkiem, jak dziś o Mickiewiczu i Sienkiewiczu albo o Matejce i Siemiradzkim.

Bodajby popularne dziś nazwisko pana Szczepanika (???? Kto to?) dało początek nowemu legionowi sławnych Polaków, którzy wzrosną i dojrzeją pod wpływem nowego prądu, wywołanego ukształceniem technicznym!“

WAGA DROBNEGO PRZEMYSŁU – jako podstawowej gałęzi gospodarki krajowej (lokalni wytwórcy-rzemieślnicy  na lokalny rynek); ważność sekcji Drobnego Przemysłu w Towarzystwie Rosyjskiego Popierania Przemysłu i Handlu.

Kurier Codzienny  nr 140, 22 maja 1898

HIGIENA (to jest zresztą często powracający temat)

Prus przytacza dane statystyczne – średnia długość życia w Norwegii to 55 lat, w Anglii 43, w Prusach 37, w Rosji – w guberniach Cesarstwa – 27, w Królestwie Polskim – 33. Wszystko przez warunki higieniczne = więc ich zmiana jest zadaniem Towarzystwa Higienicznego (cóż to za entuzjastyczne myślenie – że wielkiej zmiany cywilizacyjnej można dokonać w drodze samoorganizacji – wiadomo przecież, że państwo żadną miarą tego nie zrobi). Naród zdrowy może się składać tylko ze zdrowych jednostek (pozytywistyczna koncepcja ZDROWIA).

Kurier Codzienny nr 293, 23 października 1898

WYNALAZKI WIELKIE i MAŁE czyli co naprawdę ma znaczenie dla postępu:

„Baczność, panowie wynalazcy! Belgia ofiaruje pięćdziesiąt tysięcy franków temu z was, który...
-       Już wiem – przerywa jeden z niecierpliwych czytelników. – Pięćdziesiąt tysięcy temu, który wynajdzie łatwy sposób wydobywania złota z wody morskiej...
-       Pięćdziesiąt tysięcy franków znaczy: dwadzieścia tysięcy rubli – mówi drugi czytelnik. – Taką zaś sumę jako nagrodę można dać wynalazcy, który by wymyślił – na przykład – maszynę latającą....
-       Albo armatę, która wyrzuca po sto bomb na sekundę – dodaje trzeci.
-       Albo samochód, który po naszych drogach bocznych ujeżdżałby trzydzieści wiorst na godzinę, a w razie potrzeby pływał po wodzie, jak statek parowy – wtrąca czwarty.
-       Albo – dorzuca piąty – taką uniwersalną maszynę, na której matka rodziny mogłaby wyrabiać pończochy i trykotowe kaftaniki, syn – przepisywać akta adwokatom, a córka – grać jak na fortepianie... pięćdziesiąt tysięcy to wielki grosz i wiele można wymagać za taką cenę...
Otóż mylicie się szanowni państwo... Belgia przeznacza pięćdziesiąt tysięcy franków nie dla wielkich, tylko dla tego skromnego wynalazcy, który potrafi wymyśleć... nowy typ zapałek!“ (s. 402)
(..) „Nie uniesienia religijne, nie fanatyzm, nie ciekawość podróżnicza i nie wojenny zapał poruszają dziś milionami ludzi. Dziś inny ideał ciągnie do siebie myśli i pragnienia: oto – przemysł i związana z nim technika...“ (s. 403)

Przemysł – jest ideałem. Why: „Przemysł uszlachetnia ludzi. Nie tylko bowiem radzi czynić dobrze nawet nieprzyjaciołom, ale i sam wypełnia ten przepis.

Dzięki przemysłowi ludzkość zamiast dzielić się na gromady śmiertelnych wrogów, tworzy jedną rodzinę, w której Francuz dba o potrzeby Niemca, Niemiec stara się zaspokoić nawet kaprysy Francuza, chrześcijanin, zamiast palić na stosie buddystę, posyła mu tanie tkaniny, a buddysta, zamiast dusić lub zarzynać chrześcijanina, wypłaca mu się herbatą i ryżem“ (s. 405)

Cały długi felieton jest hymnem na cześć przemysłu, który czyni ludzi szczęśliwymi i zbliża rzeczywistość do Królestwa Bożego na ziemi (nie będzie już głodnych, chorych ani nieszczęśliwych).

„Dzięki przemysłowi i ściśle połączonej z nim technice człowiek dzisiejszy tak wysoko wzniósł się ponad naturę jak nigdy: ani za wojen krzyżowych, ani za wojen krzyżowych, ani za napoleońskich, ani za czasów Kolumba. Dość przypomnieć lokomotywy, statki parowe, żniwiarki, warsztaty tkackie, maszyny do szycia i pisania, telefon, który przenosi o kilkadziesiąt mil mowę ludzką, i fonograf, który ją na kilkadziesiąt lat utrwala...“ (s. 405)

„Przemysł daje narodom i jednostkom siłę, jakiej nie posiadają ludy pozbawione przemysłu.

(...) Dzisiejszy „prąd przemysłowy“ jest chlubą i błogosławieństwem ludzkości, albowiem stopniowo usuwa nędzę, wprowadza w życiu niezbędne wygody, a pracownikom zmniejsza czas pracy i podnosi zarobki“ (s. 406).

A narodem, który najlepiej to zrozumiał są Niemcy: świetne wyroby, znakomite warunki pracy robotników, nowe wynalazki i materiały, elastyczność w wyszukiwaniu nowych rynków zbytu, techniczna oświata (szkoły średnie i politechniki, zwłaszcza w Saksonii). Na ziemiach polskich – tak zwany „nasz przemysł“ jest niemiecki i w złym gatunku. Powstał na szczęści Instytut Politechniczny z trzema wydziałami (istnieje, ale nie ma gmachu. Ale ma mieć!)

czwartek, 8 listopada 2012

Kroniki - tom osiemnasty

Fragmenty o wynalazkach i wynalazczości pojawiają się u Prusa najczęściej w ramie tematów społecznych (jak choćby w zdaniu „Kto by sądził, że reformy społeczne są niepotrzebne, byłby w błędzie: bez ulepszeń w instytucjach postęp duchowy jest tak samo niemożliwym, jak bez ulepszeń w domach, odzieniu, sprzętach, narzędziach i machinach” [53]). Takich jest wiele, ale w większości przypadków Prus powtarza tu myśli już wypowiedziane, a nam znane choćby z Odczytu… Dla porządku odnotowuję ważniejsze. Jako remedium na bezrobocie i niezaspokojone potrzeby społeczne Prus poleca

1° Zająć się pracami nad ulepszeniem komunikacji lądowych i wodnych. 2° Pracami nad oczyszczeniem miasteczek i wsi. 3° Zając się wznoszeniem budowli użyteczności publicznej, jak szkoły, domy przytułku i pracy, szpitale, łaźnie i tym podobne. 4° Zająć się dostarczeniem wieśniakom takich przedmiotów, które przyczyniłyby się do ochrony ich zdrowia i spotęgowania ich wytwórczości. [67]

Mówiąc o patriotyzmie, dochodzi do wniosku, że:

Kochać ojczyznę to nie wszystko: potrzeba ją nie tylko kochać, lecz nadto znać i rozumieć; ale i to nie wszystko, gdyż kochając i rozumiejąc ją, trzeba jeszcze coś dla niej robić, ulepszać ją… […] A ludzkie wyroby, te sprzęty, naczynia, narzędzia i odzież, którymi posługujemy się co dzień, czy nie warte są, ażeby je kochać, badać, ulepszać?… Rzeczywiście, do niedawna mało zajmowaliśmy się nimi […]. [86-87]

Wreszcie w rozważaniach o przyczynach szczęśliwości narodów streszcza swoją filozofię w następujący sposób:

[…] szczęście, aby istniało i dało się ocenić, musi się jakby rozszerzać, wymaga rozwoju coraz to nowych zdolności. Człowiek, który umie ślizgać się i jeździć konno, ma otwartą ścieżkę do wielu przyjemności, nie znanych tym, którzy nie umieją ani ślizgać się, ani jeździć konno; ten sam jednakże człowiek miałby widoki do odczucia jeszcze większych przyjemności, gdyby na przykład nauczył się grać na jakimś instrumencie i malować. Krótko mówiąc: niezbędnym warunkiem szczęścia jest ciągłe doskonalenie się człowieka. Drugim, jeszcze ważniejszym warunkiem jest: ażeby ludzie wzajemnie pomagali sobie do szczęścia, ażeby jedni dla drugich byli użyteczni. [131-132]

Z rzeczy pobocznych, ale ciekawych – spór między zwolennikami swobody nauczania a stronnikami wykładów w języku ojczystym stara się łagodzić, mówiąc: „czytać, porozumiewać się z innymi ludźmi można w obcym języku wcale dobrze, o ile posiada się ów język; ale tworzyć, robić wynalazki można tylko we własnym języku” [148].
Dalsze fragmenty nie przynoszą właściwie nic nowego. Te same idee powracają w zmieniających się kontekstach. Warto jeszcze wspomnieć, że kronikę z 31 marca 1906 roku poświęca w całości systematycznym wykładom Stowarzyszenia Technicznego.
Czasem Prus wykracza jednak poza dydaktyczną skłonność do autocytowań. Szczególnie istotny wydaje mi się pod tym względem fragment o ciemnej stronie wynalazków i niefrasobliwości wynalazców, który wypada przytoczyć w całości:

Niemało ludzi ulega kalectwu, nawet śmierci z przejechania… Dlaczego?… Ponieważ nie umieją przechodzić ruchliwych ulic. Nieoswojeni z ruchem kołowym wielkich miast mają zwyczaj pędzić w poprzek ulicy szybko, na oślep, a tymczasem powinni by iść wolno, zatrzymując się na środku. Koń nie przewróci stojącego człowieka, lecz nawet wprawny cyklista może przejechać takiego pana, który nie tylko biegnie, ale jeszcze rzuca się na lewo i na prawo jak ścigany zając.

Trzeba zatem uczyć się chodzenia przez ulice. […] Sławny uczony Curie, współodkrywca radium, zginął przejechany przez wóz, ponieważ… nie umiał chodzić w poprzek ulic!… [413-414]

Wynalazki bywają też członem jego porównań i frazeologizmów (mówiąc o Japończykach, podkreśla: „Opinia przyjaciół może być miła; ale szacunek nieprzyjaciół wydaje patent na rzeczywistą wartość” [54]).
Na koniec: kronika o „nowożytnym bohaterze”, czyli o Erneście Abbem, z 6 maja 1905 roku. Abbe, w którym „mieściło się trzech ludzi: uczony wynalazca, znakomity przemysłowiec i czcigodny działacz społeczny” [90], nie tylko wynalazł wraz ze swoim patronem, przemysłowcem Karolem Zeissem, mikroskop znacznie wyższej klasy niż znane dotychczas, ale i dochód ze sprzedaży wynalazku przeznaczył na pracowników i urzędników, Uniwersytet Jenajski oraz gminę miasta Jeny. Jego życiorys, cytowany za przedrukowaną w „Ekonomiście” broszurą Ernest Abbe (Rzecz wypowiedziana na posiedzeniu Stowarzyszenia Techników w Warszawie z dn. 27 stycznia 1905 r.) autorstwa Władysława Lepperta, to dla Prusa wzór. „Tak wygląda bohater naszych czasów: dał cywilizacji użyteczne wynalazki, utworzył nowe ognisko pracy, podsycał naukę, przysporzył dobrobytu i oświaty wielu tysiącom istot ludzkich, nikogo nie skrzywdził, siebie umiał usunąć na drugi plan” [96-97].

środa, 7 listopada 2012

Kroniki - tom dziesiąty

W ramach anegdoty (której Prus miejsca nie szczędzi), zdanie z listu od czytelnika Kuriera Codziennego na początek – już ono ujawnia głęboko pragmatyczną i humorystyczną zawartość „Kronik”: Człowiek, który nie myśli, musi dla zabicia czasu albo palić fajkę, albo ciągnąc bawara, albo iść do ogródka, co w tym ciężkich czasach prowadzi do ruiny. Ale ten, który o czymś rozsądnie myśli, łatwo zasypia i unika niepotrzebnych wydatków. Mówię zatem panu, ażebyś pisząc, ciągle uczył ludzi myśleć; gdyż jeżeli nie zmądrzeją, to przynajmniej wyśpią się i nabiorą sił do pracy (s. 111).

Dziesiąty tom „Kronik” zawiera Kroniki Tygodniowe z roku 1887, które ukazały się w Kurierze Warszawskim oraz w Kurierze Codziennym, oraz korespondencje z Warszawy (między innymi z wystawy higienicznej).

Prus, jako zwolennik rozumnej a uczciwej parcelacji przynajmniej połowy dzisiejszych dóbr ziemskich (s. 85), wielokrotnie zaznacza, że wielkiej liczbie obszernych fortun towarzyszy ubóstwo ogółu i na odwrót, dobrobyt ogółu opiera się na wielkiej liczbie małych fortun (s. 82).

Kronikarz, sympatyk higienicznego trybu życia, cytując słowa (rzekomego?) delegata Towarzystwa Szwedzkiego Przemysłu zestawia warszawskie targowisko i namioty Lapończyków, z korzyścią dla tych ostatnich: Proszę wyobrazić sobie dziedziniec ciasny, gęsto zasypany kośćmi, słomą, zużytym papierem i dowodami końskiego pobytu. Dziedziniec ten jest przecięty rynsztokiem, którym spływa sos ze śledzi, zepsuta woda z ryb, zwierzęca posoka i fałszowane mleko. Wzdłuż jednej ściany mieszczą się flaki, wzdłuż drugiej beczki z rybami, obecność zaś jednych i drugich działa przede wszystkim na powonienie (s. 66). 

W tym samym wywodzie delegata Prus ubolewa nad ciężkim losem ówczesnych malarzy, którym rysowanie wzorów stolarskich nierównie lepszy daje dochód aniżeli posłanka niebios – sztuka; stawia równocześnie pytanie podstawowe dla niniejszego wywodu: Czy kraj w takich znajdujący się warunkach może być uważany za współzawodnika dla szwedzkiego przemysłu? (s. 67).

Wciąż powtarzane zdanie Co jednak zyska na tym przemysł polski? (s. 68) i wymieniane absurdalne z perspektywy przemysłowej wystawy artystyczne (wystawa sztuki i starożytności a na niej kilkadziesiąt bohomazów ze sławnymi nazwiskami, jest sporo tkanin, których nikt dziś nie nosi i nigdy nosić nie będzie, jest wreszcie kilkadziesiąt sprzętów, które mogłyby służyć za modele stolarskie, gdyby nie były źle ustawione i chaotycznie pomieszane (s. 67)), każą sądzić, że Prus nie uważał muzeów za najważniejszą rzecz dla społeczeństwa, a sztuk za pierwszą potrzebę.

Podsumowuje: (...) Otóż ta scena ilustruje tutejsze stosunki. Przemysł woła: jeść! a warstwy inteligentne chcą zabawić go widowiskami (s. 68).

Nawołując warszawian do picia wody nie surowej, lecz przegotowanej, wspomina Prus ustalenia dr. Bujwida, który przekonał się, że w kwarcie „czystej” wody wiślanej znajduje się 72 milionów bakteryj, a w kwarcie wody, która przeszła przez wodociągowe filtry, jest ich tylko 850 tysięcy (s. 85).

Grzechem byłoby nie zacytować fragmentu o pijackich przygodach na wysokościach Kazimierza Filipowskiego, zapalonego aeronauty, wielokrotnego użytkownika balonów, a przy okazji także przyjaciela kronikarza; fragment ten staje się dla Prusa okazją do wysnucia nauk o zamarzaniu pary wodnej i opadach gradu z opadających nagle na obłoki zimnych prądów powietrza:

Otóż w tej nad wszelki wyraz ciekawej podróży kolega nasz zrobił doniosłe spostrzeżenie. Na wysokości 2000 stóp nad ziemią (pomimo upału na ziemi) było już tak chłodno, że kolega nasz musiał wypić trzy kieliszki gebetnerówki. W wysokości 4000 stóp zimno spotęgowało się o tyle, że kolega F. Był zmuszony pić gebetnerówkę szklanką, zaś na wysokości 7000 stóp kolega począł ciągnąć wymieniony środek rozgrzewający już wprost z butelki. To go nawet uspokoiło tak idyllicznie, że gwałtem chciał wydobyć się z łódki balonu, ażeby leżyć na obłoku, roztopiony w ciszę. Szczęściem, balon podniósł się jeszcze wyżej, kolega nasz zażył jeszcze silniejszą doże opału i usnął, jak to zwykli czynić wszyscy ludzie czystego serca i nienagannych obyczajów (s. 113).

Innym razem Prus dostrzega zbawczą rolę fotografii, dzięki której nie ukryje się żaden występek (s. 122). Prognozuje: A co będzie za 10 albo za 15 lat?... Żaden morderca nie zrobi zamachu na podróżnego, gdyż podróżny będzie miał przy sobie aparacik, który w chwili napadu zdejmie portret mordercy. Żaden złodziej nie wyciągnie chustki z kieszeni, gdyż na brzegu kieszeni będzie się znajdował błyskawiczny aparat; żaden donżuan nie zaczepi damy, gdyż dama – w parasolce, w wachlarzu, w kapeluszu i w każdym guziku – będzie posiadała aparaty fotografujące nie tylko występnego, ale i rodzaj występku (s. 122). Naiwne niedocenienie przez pisarza możliwości złoczyńców (kominiarki!) każe z drugiej strony uznać domyślność Prusa co do sposobu późniejszego społecznego funkcjonowania i wszechobecnej inwigilacji. Prus – futurolog?

Należy zakładać szkoły rzemiosł, przynajmniej w każdym powiecie – pisze publicysta. Oto powód: Wiadomo, że mamy za wielu inżynierów, za mało majstrów, za wiele fabryk, za mało warsztatów, za wielu robotników fabrycznych, za mało rzemieślników. Że wreszcie łatwiej jest u nas wyuczyć się gry na fortepianie, malarstwa albo obcych języków aniżeli rzemiosła. Ze stosunków tych wypływa mnóstwo niedogodności społecznych, które z czasem mogą stać się klęskami. Brak nam rzemieślników i towary sprowadzają się zza granicy, a jednocześnie mnóstwo ludzi na próżno szuka zajęcia. Prace rolne poczynają się nie opłacać, a jednocześnie na prowincji nie komu uprawiać przemysłu (s. 141).

Wobec smutnego faktu wyrodnienia ludności polskiej (s. 142) znajduje Prus oczywiste rozwiązanie: sport. By mieszkańcy Warszawy mieli pełną i wesołą twarz, postawę wyprostowaną, nogi jak belki, ręce jak stalowe szyny (s. 142), powinni należeć: najpierw do Towarzystwa Wioślarskiego (by rozwinąć sobie muskuły rąk i tułowia), następnie do Klubu Cyklistów (muskuły nóg) i do towarzystwa śpiewackiego „Lutnia” (siła i objętość płuc). Prus rysuje dalsze perspektywy: należy jego zdaniem łączyć w pary małżeńskie wioślarzy z cyklistkami a wioślarki z cyklistami i każdej z par dołączać lutnika – w charakterze przyjaciela domu (s. 144). A wszystko to dla dobra i zdrowia przyszłych pokoleń.

Dlaczego tylko wieprzowina popłaca w Berlinie?... Może dlatego, że pruski filozof Kant napisał aforyzm: „Powiedz mi, co jadasz, a ja ci powiem, czym jesteś” (s. 163).

Wspomina Prus o wynalezionych przez jego przyjaciół – w interesie moralności (s. 170) – znakach pisarskich, przeznaczonych odpowiednio: faktom i wyrazom moralnym; tym, które można pokazywać tylko dorosłym pannom; bądź tym, na które bezwarunkowo nie może patrzeć młodzież płci obojej. Każdy znak miał poprzedzać pojęcia należące do jednej z kategorii.

Prus z niecierpliwością wyczekuje znalezienia sposobu rozkładu wody – dla wydobycia z oddzielonego wodoru ciepła 4 razy większego niż węgiel kamienny, a 10 razy większego niż suche drzewo (s. 178). Wspomina o konkursie na sposoby suszenia owoców (s. 179); o psychologicznym dziele angielskiego filozofa dr. Galtona zatytułowanym „Jaki jest wpływ dziedziczności na charaktery?”, w pracy nad którym Galton nie – czytał filozofów, jak to się dotychczas robiło, lecz przepytał prostaczków, zwykłych śmiertelników właśnie (s. 183); pisze o kwestionariuszu „Gazety Świątecznej” mającej zbadać „Jak my się żywimy”, który to kwestionariusz nie przyniósł jednak konkretnego rezultatu (z racji na mnogość pytań, w której czytelnicy się pogubili); notuje loty Wolanowskiego sześciofuntowym aparatem, złożonym podobno z „kiszek i skrzydeł” (s. 190-191); wspomina o samowarze gotującym (równocześnie!) wodę, kawę i herbatę (zastanawia się także, czemu i komu służyć maję te trzy napoje w tym samym czasie...); pisze o mechanicznym wieszadle, które pozbawi złodziei możliwości kradzieży wieszanego palta, o zwiększeniu opłat za psy (jako sposobie na wściekliznę!), o projektach bibliotek dla samouków, 

Uwadze nie umyka mu kolejny projekt perpetuum mobile: pompa, poruszona pewną ilością wody spadającej z trzeciego piętra, podnieść miała tę samą ilość wody na trzecie piętro. Prus gani rzemieślników za nieznajomość podstaw mechaniki.

Kroniki - tom trzynasty

- 24 lutego 1891: „Porównując nasz rozwój umysłowy z europejskim, przypominającym błyskawiczne pociągi, nieraz nazywaliśmy się społeczeństwem zacofanym, które w cywilizacji nic nie robi. Był to jednakże tylko akt pokory i skruchy ze strony narodu, który przez długi czas odznaczał się arogancją i nieustannie wmawiał w siebie, że jest najmędrszym, najwaleczniejszym, najszlachetniejszym i najnieszczęśliwszym...

Dwadzieścia kilka lat ostrej samokrytyki wyleczyło nas z tych złudzeń; patrzymy dziś trzeźwo na samych siebie. A jeżeli tak jest, więc możemy bez narażenia się na nowy paroksyzm arogancji urządzić wystawę własnych wynalazków. Przekonamy się wówczas, że jakkolwiek żaden Polak nie zrobił wynalazku epokowego, żaden nie stworzył nowej machiny ani nowej nauki, to przecież we wszystkich tych kierunkach wielu pracowało samodzielnie.

Począwszy od pługa, żniwiarki, kartoflarki aż do termomikrofonów Ochorowicza, aż do integratorów Abakanowicza nie ma prawie dziedziny wynalazków, w której nie zaznaczyliby się nasi ludzie. Praca zaś ich, jeżeli nie była zdumiewająca, miała jednak pewną cechę wzniosłości – tragiczność. Tę mianowicie, że żaden z naszych wynalazców nie tylko nie doznawał poparcia od swoich, ale bardzo często spotykał się z lekceważeniem, jeżeli nie zawiścią” (s. 35-36).

- 2 czerwca 1891: Prus chce wyjechać do Nałęczowa odpocząć od dźwięków Warszawy i pooddychać. Rozmawia z Technikiem:

„– Więc po to chcesz opuszczać Warszawę i zbogacać olej Nadwiślańską opłatami za bilet?... Przecież te same przyjemności możesz mieć tu, na miejscu.

– Jak to?

– Rozumie się, byle tylko Edison wykończył swój najnowszy wynalazek.

– Robienia wsi w Warszawie?

– Ależ tak: wsi, prawdziwej wsi, z lasem, sianem, kwaśnym mlekiem i tak dalej.

Szeroko otworzyłem oczy, a on prawił:

– Wiadomo ci, że wrażenia dźwiękowe można przenosić z odległości po drucie. Gdyby więc między Warszawą i Nałęczowem istniał telefon, mógłbyś, nie wyjeżdżając tam, słuchać śpiewu praków, szumu drzew, koncertu panny Józefiny Szlezygierówny...

– Prawda! – ja mówię.

– Więc wrażenia słuchowe miałbyś, a to samo byłoby ze wzrokowymi.

Ochorowicz myślał o tym, a Edison (jak stało w gazetach) już wymyślił aparat do przenoszenia obrazów z odległości.

Robi się to bardzo zwyczajnie. Stawia się na przykład w Nałęczowie coś na kształt kamery fotograficznej; kamerę łączy się drutem z Warszawą i – jazda. Ile razy na obiektywę owej kamery padnie jakiś obraz, tyle razy (za pomocą drutu) ten sam obraz zobaczysz w Warszawie...

– Przepraszam cię, ale... ten, niby warszawski, koniec drutu, gdzie trzeba włożyć, aby dostrzec przelatujące po nim obrazy?...

Technik zamyślił się.

– Tego dobrze nie wiem, lecz w każdym razie za pomocą telefonu i tele... tele... (nazwijmy go: tele-patrzydłem) możesz widzieć Nałęczów i słyszeć, co się w nim dzieje: szum lasu, śpiew dzięcioła...

– No – pytam – obrazy i dźwięki już są. Ale jakże będzie ze smakami i zapachami?

– Najzwyczajniej w świecie. Chcesz na przykład odbyć spacer po łące. Więc ustawiasz telefon, ażeby usłyszeć, jak ryczą krowy i wymyślają sobie pasterze. Potem nastawiasz tele-patrzydło i widzisz każdą wierzbę, każdą trawkę na łące, każdy zakręt i każdą falę rzeki. Trzeci drut kładziesz na nos i czujesz wszystkie zapachy polne, a czwartym – dotykasz podeszwy, co robi ci taką uciechę, jakbyś chodził po łące.
Nawet powiem ci, że za pomocą tego czwartego drutu mógłbyś brać kąpiele, być wytartym prześcieradłami i bodaj – czy nie pić kumysu.

(...)

– Jadać to trzeba tu, na miejscu; bo jak ci wiadomo – przez posły (nawet elektryczne) wilk nie utyje. Ale będziesz miał – wrażenie, uważasz mnie, wrażenie... A przecie nasz wiek jest wiekiem wrażeń.

Po odejściu technika porwało mnie skrzydlate natchnienie. Co za epoka, co to za epoka!.... Nie ruszając się z Warszawy, będziemy mogli w najdrobniejszych szczegółach i w tej samej godzinie zwiedzać: Laponię i Saharę, podziwiać operę paryską i wybuchy wulkanu Krakatau. Będziemy mogli nasycać się wonią podzwrotnikowych kwiatów, ściskać i całować oddalonych przyjaciół (inni woleliby: przyjaciółki), liczyć pieniądze Rotszylda, spłacać długi i tak dalej, a wszystko – za pomocą przenoszenia wrażeń po drutach.
Cudowna epoka!... Ja jednak nadejścia jej wolę oczekiwać... w Nałęczowie i zamiast stąd przez telefon słuchać tamtejszych kukułek i dzięciołów, wolę stamtąd przypatrywać się tutejszym kamienicom i brukom, jeżeli mi się tak podoba...

No ale nie opłakuj mnie, topniejący w upale czytelniku; jeszcze jakiś czas będziemy razem” (s. 98-101).

Doskonały materiał o technologiach pośredniczenia w doświadczeniu, projekt dzisiejszego Google Street View i zwiedzających je staruszków? /jk

- 20 lutego 1893: A. „Rozeszła się pogłoska, że hrabia Branicki kupił narzędzia astronomiczne, pozostałe po doktorze Jędzejewiczu i – że zakłada obserwatorium w Wilanowie. Przy czym któreś pismo, ażeby dać dowód, że zna się i z astronomią, zrobiło uwagę: Pożytek z obserwatorium dla publiczności będzie niewielki, trzeba bowiem zbyt daleko jeździć.

Nie pamiętam, czy tak napisano co do słowa, ale było coś w tym rodzaju.

– Za pozwoleniem! – odzywa się w tej chwili któryś z uczestników kostiumowego balu. – A co to za Jędrzejewicz?...”

Lekarz, który interesował się astronomią.

„Jeżeli hrabia Branicki istotnie kupił narzędzia astronomiczne po Jędrzejewiczu, postąpił jak człowiek rozumny i – więcej powiem – jak człowiek szlachetnych instynktów. Za te same pieniądze mógł przecież nabyć konia wyścigowego, nawet słonia, a choćby biżuterię dla jakiej niewinnej dziewicy. Na szczęście dobry smak ostrzegł go, że jeżeli w tym kraju ma ktoś składać ofiary na ołtarzu nauki, to lepiej, że złoży je magnat Branicki aniżeli sieroty po prowincjonalnym lekarzu.

Ten objaw wielkopańskiej ambicji jest u nas tak niezwykły, że proponowałbym towarzystwu inteligentnych dam, ażeby wysłały do Chicago fotografię hrabiego z objaśnieniami: gdzie kończył wyższy zakład naukowy, jakie prowadzi gospodarstwo i czy nie wyrabia soków albo win owocowych.

Dobrze. Przypuśćmy, że właściciel Wilanowa kupił instrumenta po Jędrzejewiczu. Przypuśćmy, że nawet zbudował słup dla lunety południkowej i otoczył go budynkiem; będzie to dopiero kuchnia, ale – bez kucharza.

Lecz zróbmy krok dalej. Przypuśćmy, że hrabia Branicki prócz narzędzi i budynku postarał się jeszcze o fachowego astronoma, a tacy znaleźliby się, że w dodatku udzieliłby temu swemu astronomowi kredyt na kupno nowych narzędzi – no i co z tego?...

To, że w Wilanowie byłby fachowy astronom, który może wypatrzyłby jakąś nową kometę, może odkryłby trzechsetną którąś z małych planet, może dostrzełby jakiś wybuch na słońcu, kanał na Marsie, zmianę gruntu na księżycu...

No, ale co z tego?... Anie gazeciarscy mężowie zaufania, ani publiczność nie będzie miała nic z obserwatorium w Wilanowie, choćby miejscowość tę przeniesiono na plac Ujazdowski. Fachowy astronom nie puści do swego gabinetu amatorów, którzy między obstalowaniem i zjedzeniem kurcząt w miejscowej restauracji chcieliby poznać niebo. Im gdzieś znajdują się dokładniejsze narzędzia, tym mniej pożądane są milutkie damy z długimi ogonami i wykwintna młodzież, w której przekonaniu wszystko należy poświęcić dla płci pięknej, nawet cudze narzędzia astronomiczne.

Tym więc sposobem, gdyby nawet w Wilanowie utworzono obserwatorium astronomiczne, byłoby ono jedną więcej głową odciętą od zbiorowego tułowia. Ani znajomość, ani zamiłowanie do astronomii nie wzrosłyby między publicznością, jak nie wzrosną skutkiem odnowienia posągu Kopernika.

(...)

Dla spopularyzowania astronomii nie trzeba wielkich lunet, spektroskopów i fotografii niebieskich. Są to rzeczy kosztowne i całkiem bezużyteczne dla publiczności, która na odwrót dużo skorzystałaby, sprawdzając własnymi nie uzbrojonymi oczyma, że:

Sklepienie niebieskie ciągle i jednostajnie obraza się ze wschodu na zachód, co można widzieć w ciągu gwiaździstej nocy (notabene jeżeli nie chodzi się pod rękę z osobą innej płci).

Że co miesiąc o północy nad Alejami Ujazdowskimi świecie coraz inna konstelacja.

Że w stronie północnej nieba jest gwiazda, która prawie wcale nie rusza się i że w południowej stronie są konstelacje, które od chwili ukazania się na wschodzie do chwili zajścia na zachodzie świecą przez dwanaście godzin.

Że podczas lata słońce w południe stoi daleko wyżej na niebie aniżeli w czasie zimy.

I tak dalej” (s. 245-256).

Dalej sugeruje ustawienie w parku podstawowych narzędzi, przy pomocy których ludzie dowiedzą się o podstawowych rzeczach. Zwraca uwagę na brak kontaktu między inteligencją i ludźmi.

Kroniki - tom dwunasty


- 6 stycznia 1889: „Szczęśliwa Ameryka! Dla niej nawet słońce ma respekt i robi próby czytane i pamięciowe na koszt zmurszałej Europy. Bez przesady nazywam Europę zmurszałą; wszystko bowiem chyli się w niej do upadku, a przede wszystkim – tradycja” (s. 7).

- „Mieliśmy sposobność – poetyzuje Kurier Codzienny – oglądać dziś w składzie fortepianów Gebethnera i Wolffa aparat do gry na fortepianie... Potrzeba tylko założyć we właściwym miejscu kółko opatrzone odpowiednimi dziurkami, a następnie kręcić korbą i... (...) Czymże jest bowiem owe kółko opatrzone odpowiednimi dziurkami? Jest... tylko kółkiem, które nie we wszystkich wprawdzie, ale w niektórych wypadkach może zastąpić młodą osobę z talentem. Ubywa tedy pannom myślącym o wyjściu za mąż jeden z potężniejszych sposobów działania na poetycką młodzież. Ubywa, gdyż kręcić korbą przy fortepianowym aparacie potrafi nie tylko dziewica, ale jej młodsza siostra w krótkiej sukience i jej starsza siostra, której wdzięki więdną jak liść pod pocałunkiem mroźnego wiatru, i jej ciotka, która już troszczy się o to, gdzie najtaniej nabyć można garnitur sztucznych zębów... Co mówię?... Maszyna fortepianowa sprawiła to, że od końca grudnia 1888 roku dźwiękami fortepianu czarować nas mogą nie tylko panny na wydaniu i ich rodzina, ale nawet ich lokaje, ich pokojówki, ich kucharki, a nawet... pieski, o ile znajdują się w domu...” (s. 10-11).

Potem o tym, że zwierzęta też mogą na tym grać.

„Na co gamy, na co wprawy, po co nauczyciele muzyki, biorący choćby po kopiejce trzydzieści za godzinę... jeżeli za pieniądze, wydane na rozwinięcie muzykalnych instynktów młodej panienki, można będzie kupić wcale dobry aparat automatyczny i tyle kółek z odpowiednio umieszczonymi dziurkami, ile znajduje się na świecie muzykalnych utworów” (s. 11-12).

- 2 stycznia 1889: Namawia do skanalizowania Warszawy, dzięki czemu zaoszczędzeni mają zostać zarówno ludzie (mniej chorób), jak i pieniądze. Za Towarzystwem Lekarzy.

- 5 lutego 1889: Nawołuje do wstawienia się finansowo za redakcją „Pamiętnika Fizjograficznego” – pisma badaczy kraju, którzy przeinwestowali w ostatni numer swojego pisma i grozi im bankructwo.

„Zapytasz, pani: co nas obchodzą te badania? Bardzo wiele. Uczeni, przebiegający kraj w celu poznania go, podobni są do armii, która zdobywa nowe terytoria, gdzie, być może, kryją się nieobliczone bogactwa. Kto pani zaręczy, że w którejś z warstw geologicznych, dopiero zanotowanych przez Siemiradzkiego, nie spoczywa żelazo, cynk, miedź, może węgiel, może sól, a choćby tylko doskonała glina i żwir? [potem nie tylko o geologii, ale i o roślinach czy owadach]” (s. 28).

- 29 czerwca 1889: II. „W połowie czerwca rozeszła się wieść, że znany (nie twierdzę, że ja go znam) fizjolog Brown Sequard wynalazł ani mniej, ani więcej, tylko... eliksir młodości, cudowny płyn, którego poszukiwano przez całe wieki średnie.

– Patrzcie – mówił ten znakomity uczony na posiedzeniu publicznym. – Patrzajcie na mnie... W tej chwili jestem zgrzybiały siedemdziesięcioletni starzec... Mam zgięty kark, głos przytępiony, drżące ręce... A teraz...
W tej chwili uczony zastrzyknął sobie pod skórę kilka kropel odmładzającego eliksiru i...

Zgięta jego postać wyprostowuje się, oczy nabierają blasku, głos dźwięku, myśli płyną jak woda górskich potoków...

Jeżeli wiadomość ta nie jest blagą, na którą mocno wygląda, jeżeli wielki fizjolog zamiast eliksiru młodości nie zastrzykuje sobie zwykłej morfiny i nie dostał bzika, słowem, jeżeli Brown Sequard wynalazł jakiś nowy środek podniecający i utrzymujący energię życia, w takim razie zrobiłby duży wynalazek” (s. 49-50).

III. Potem za jednym z francuskich dzienników „Gil Blas”:

IV. „Autor prowadzi nas przede wszystkim do pracowni uczonego i objaśnia, w jaki sposób robi się ów eliksir młodości.

– Widzicie – mówi – tego posępnego starca między terortami, butlami, cęgami  temu podobnymi? Jest to fizjolog, który przez całe życie pastwił się nad biednymi zwierzątkami. Zdzierał skórę z twarzy małpom, ażeby pokazać grę muskułów, ucinał nogi ptakom, wyrywał serca psom i tak dalej.

A teraz spojrzyjcie na tę klatkę, w której tuli do siebie kilka zręcznych, czyściutkich, wylęknionych świnek morskich... Brown Sequard zbliża się do nich, chwyta jedną, wyrywa jej jakiś organ i zakrwawioną, jęczącą rzuca na ziemię. Potem robi to samo drugiej, trzeciej, szóstej... W jakim celu tak strasznie pastwi się nad nimi?... Ażeby z ich młodych organizmów wydobyć swój eliksir odmładzający starców... Ale odmładzający tylko w jednym kierunku. Po zażyciu nowego środka wszystko zostanie w nich, jak było: siwe włosy, czaszki łyse, zsiniałe i bezzębne usta. Odmładzają się tylko zdolności erotyczne... Cóż to za widok starych bab i obrzydliwych dziadów uganiających się za miłością!...”

Potem Prus pisze o męczeniu zwierząt, ale zwraca uwagę, że paryskie pismo ma w nosie zwierzęta cierpiące w domach, a tylko te laboratoryjne.

„Haniebnym byłby eliksir tak jednostronnie odmładzający starców, lecz tymczasem nie wiadomo, czy jest takim mianowicie i czy nie stanie się potężnym środkiem lekarskim w innych zupełnie kierunkach.
Nowe odkrycia zawsze raziły ludzi o ciężkich głowach”.

Wypomina wyklinanie Kopernika czy ostatnimi czasy nabijanie się z hipnotyzerów.

„Z tym wszystkim diabelnie prędko cofamy się ku wiekom średnim, jeżeli najpopularniejszy dziennik najoświeceńszego miasta, podczas najwspanialszej wystawy – może w taki sposób odzywać się o pracy uczonego” (s. 50-51).

Długie wypowiedzi o Żydach z zaprzęgniętą do tego teorią Darwina. Ton: nie mam czasu na diagnozę.

- 16 lutego 1889: „Nastrój karnawałowy istnieje nie tylko u nas, ale w całej Europie. (...) zaznacza się (...) w Berlinie... wynalazkiem pana Emila Berlinera.

Pan Berliner jest to elektrotechnik, urodzony w Hanowerze, a zamieszkały w Waszyngtonie. Wynalazł coś, jak nas objaśnia pan A. Kipman, inżynier, wynalazł – gramofon, machinę do utrwalania dźwięków.

– Ależ do utrwalania dźwięków mamy już fonograf, wynaleziony przez Edisona?...

– O! to zupełnie co innego – upewnia pan Kipman. – Bo w gramofonie mówi się przez tubkę do blaszki mikowej, która, drgając, porusza drążek, a ten drążek robi znaki nie na walcu, broń Boże, jak u Edisona, ale na krążku pokrytym woskiem...

Dzięki tym znakom na wosku, dzięki temu drążkowi i krążkowi gramofon może odtwarzać dźwięki różnych instrumentów i według słów samego Berlinera, jest nowym oryginalnym sposobem zapisywania fal głosowych!

Czytam i oczom własnym nie wierzę. Bo wyobraźmy sobie, że ktoś buduje statek parowy, którego nowość i oryginalność polega na następnych szczegółach:

Kocioł nie jest walcem, lecz na przykład sześcianem.

Części machiny nie są zrobione ze stali, lecz na przykład z mosiądzu.

Zamiast kół wodnych są łopatki albo skrzydła przymocowane do osi w formie gwiazdy.

I gdyby ten pan nazwał taką machinę na przykład nawigatorem i uważał ją za nowy wynalazek, wówdzas powiedziano by mu:

– Panie ładny, pańska machina nie jest żadnym nawigatorem, ale jest statkiem parowym. Po co więc mówisz o niej jak o nowym oryginalnym wynalazku i po co ją przezywasz? Chyba dla ukrycia cudzego pomysłu” (s. 148).

- 5 marca 1889: O konieczności wszechstronnego wykształcenia pisarzy. Talent nie wystarczy.

- 13 kwietnia 1889: „Zapytuje pani: skąd się wzięło w Niemczech kilka milionów proletariuszów?...

Z machin, łaskawa pani, i z ułatwień komunikacyjnych. Dzięki machinom parowym i mechanizmom wykonawczym (przędzalnie, tkalnie, tokarnie itd.) Niemcy mogły wytwarzać ogromną masę towarów, które dzięki znowu kolejom i okrętom, wywoziły na Wschód, a stamtąd przywoziły sobie mnóstwo zboża.
Gdzie dużo ziarna, tam mnożą się nie tylko myszy, ale i ludzie. Więc zaczęli mnożyć się w Niemczech ludzie, napełniać fabryki, a w fabrykach wyrabiać towary dla innych narodów. Lecz gdy owe inne ludy zmniejszyły w Niemczech obstalunki i zmniejszyły ilość wywożonego tam zboża, między niemiecką ludnością fabryczną ukazał się niedostatek, dla zapobieżenia któremu biedacy muszą pracować coraz taniej i coraz dłużej. Ta zaś ich bieda, przeciążenie pracą, brak odpoczynku i niepewność zarobku stanowi właśnie kwestię robotniczą ze wszystkimi jej moralnymi skutkami” (s. 185).

O tym, ze dlatego mężczyźni idą do więzień w Niemczech, a kobiety do domów publicznych.

„Źródłem tego są również machiny. Jeżeli jeden rzemieślnik, pracując ręcznie, może dziennie wytworzyć towaru na przykład za jednego rubla, to ten sam robotnik przy pomocy machiny parowej i odpowiedniego warsztatu wytworzy tego samego towaru bodaj czy a nie za rs piętnaście. Z tej sumy fabrykant płaci mu rubla, a sam bierze czternaście – i otóż zaczyna się antagonizm” (s. 185).

Wykład teorii walki klas i doli proletariatu.

- 4 maja 1889: Namawia do rozwoju przemysłu zabawkarskiego i burzy się, że zabawki musimy importować z innych krajów.

- 6 lipca 1889: Nabija się z amerykańskich koncepcji zwracania prądów morskich tak, żeby Europę oziębić, a Amerykę ogrzać.

- 26 października 1889: Komentarz do książki Bellamy’ego W roku 2000.